Co robi się przez 10 dni, gdy nie nie robi się nic, tylko oddycha – vipassana w praktyce

Uwaga! Ujawniam tu sporo informacji, jak przebiega kurs vipassany. Są też opisane moje i tylko moje, subiektywne odczucia. Jeśli zastanawiasz się nad uczestnictwem w kursie, pomyśl, czy na pewno chcesz je znać. Ja bym chyba nie chciała tego wszystkiego wiedzieć; możesz niepotrzebnie się na coś nastawić. 

Przed vipassaną byłam ze znajomymi na wakacjach. 10 dni na Korfu, zjeździliśmy całą wyspę, zjedliśmy tony sałatki greckiej i souvlaków, piliśmy wino, pływaliśmy, opalaliśmy się, robiliśmy durne foty, nurkowaliśmy. Moc wrażeń. Pod koniec uświadomiłam sobie, że dokładnie taki sam czas wkrótce spędzę w jednym miejscu, siedząc na tyłku 10 godzin dziennie, sama ze swoją własną głową, bez opcji ucieczki czy radosnego rozproszenia się. „Nie wyobrażam sobie tego.” Jedyne słowa, jakimi mogłam to skomentować. Na wszelki wypadek nie planowałam nic poważnego po powrocie na wypadek, gdyby totalnie mi odwaliło. A przyznaję, nie było to wykluczone. Z przeprowadzonego researchu w otchłaniach internetu znalazłam opinie typu „straciłam tam kontakt z rzeczywistością i wylądowałam na konsultacji psychiatrycznej”, „to jest jakaś sekta”, „po vipassanie mam nawrót depresji” i różne niewesołe historie.

Na szczęście nikt z mojego otoczenia nie popukał się w głowę i nie patrzył na mnie dziwnie. Ba, spotkałam się wręcz z zaciekawieniem. Tylko szwagier pytał się mnie „co tam, trenujesz?”, gdy podczas wspólnej jazdy autem siedziałam sobie cicho. Na mamie zastosowałam terapię szokową i powiedziałam jej o moim pomyśle na dwa dni przed wyjazdem. Jak się okazało, dosyć intensywne i burzliwe, dziś rozegrałabym to inaczej.

Cóż, powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Jadę. Tylko jak dojechać do lasu koło wioski pod dziurą w okolicach Konina? Trzeba mieć siedem przesiadek albo szczęście. Na szczęście udaje mi się znaleźć kierowcę, który zmierza w tym samym kierunku. I tak w Koninie wsiadam do czarnego peugeota, poznaję M. Spędzamy około 40 minut w aucie, zapoznajemy się, znajdujemy wspólny język i mogę przyznać, że od razu powoli zaczynamy się lubić. Co, jak dla mnie, okazuje się istotne w dalszej części opowieści.

Pada, okrutnie pada. Jedziemy pustą drogą w strugach deszczu, powoli wjeżdżamy w las. Scena jak z jakiegoś cholernego horroru. Dojeżdżamy do ośrodka, wysiadamy z auta, bierzemy bagaże i biegniemy do pierwszego budynku. Jadalnia i rejestracja w jednym, doskonale. Dostajemy zupę, w zamian musimy oddać telefon i wypełnić papierki. Każda z nas dostaje swój pokój, mamy kilka minut na ogarnięcie się.

Okno mojego pokoju wychodzi na las. W pomieszczeniu znajduje się łóżko, regał i mata medytacyjna do siedzenia. Jest też łazienka. Widać, że wszystko jest nowe, ośrodek działa od kilku miesięcy. Jestem bardzo zadowolona, że pokoje są pojedyncze i z nikim nie muszę dzielić tej przestrzeni. Wypakowuję swoje rzeczy – pościel, poduszkę medytacyjną, kilka ciuchów (nie przyjechałam tu na rewię mody, mogę na luzie chodzić w dresach, łachmanach i trzech bluzkach na krzyż), budzik na baterie (przecież nie mam telefonu, skąd mam wiedzieć która jest godzina), latarkę (nie wiem po co, ale pisali żeby przywieźć). Na łóżku znajduję kilka kartek – instrukcję, jak używać pokoju (nie wchodzić w butach, oszczędzać wodę), jak go posprzątać (na wyposażeniu soda oczyszczona i woda z octem) oraz broszurkę informacyjną na temat vipassany (są tam głównie informacje, które znałam już na pamięć z wysyłanych maili). Wszystko również w wersji angielskiej, niemieckiej i czeskiej. Jak się okaże, będzie to mój jedyny dostęp do słowa pisanego i przez najbliższe dni przewertuję je jeszcze kilkanaście razy.

Rozlega się gong. W tym ulewnym deszczu pierwszy raz zmierzam do sali medytacyjnej. W korytarzu przed wejściem rozmowy cichną, atmosfera robi się poważna. Miła pani, która wcześniej zabrała mi telefon, powoli wyczytuje imiona kolejnych kobiet i wskazuje przydzielone im miejsca w sali medytacyjnej. Obserwuję je, są w różnych wieku, różnie ubrane, zauważam sporo indyjskich akcentów – luźne spodnie, wzorzyste szale. Zauważam dziewczynę w ciąży. Czekam, aż pani wyczyta moje imię. Czekam, czekam, czekam, grono osób się stopniowo się zmniejsza. Aż zostają dwie osoby. Ja i M., moja towarzyszka podróży. Okazuje się, że siedzimy koło siebie także na sali. Patrzymy na siebie z niedowierzaniem. Przypadek? Nie sądzę…

Rozglądam się po sali. Duża, przestrzenna, oświetlona rozproszonym, delikatnym światłem. Po jednej stronie na ziemi siedzą kobiety, po drugiej mężczyźni, w ciszy i skupieniu. Czuję się trochę jak w kościele przed rozpoczęciem mszy. Z tym, że w sali nie ma żadnych akcentów religijnych. Nagle wchodzą dwie osoby – nauczyciele, kobieta i mężczyzna, oboje ubrani na biało. Bez słowa siadają naprzeciwko nas na specjalnie przygotowanym podwyższeniu.

Zaczyna się. Słyszę coś, co w myślach nazywam bardzo niepoprawnie politycznie – ciapatym zawodzeniem. Od razu trafia mnie szlag. Okazuje się, że cały kurs, instrukcje i wykłady wysłuchujemy z nagrań. Słuchamy głosu Goenki, osoby, która przed laty rozpropagowała tę metodę medytacji na świecie. Każda sesja medytacji zaczyna się tzw. recytacją, która brzmi jak półdeklamacja, półśpiew zachrypniętego głosu. Tego nie napisali w mailu.

Więc siedzę i słucham, staram się zrozumieć, co to jest za język, rozpoznaję niektóre słowa z sanskrytu i tyle. Trwa to kilkanaście minut, może dłużej? Siedzę nieruchomo, a w głowie się wściekam, zastanawiam się na co i po co to, siedzimy jak na tureckim kazaniu, nikt nic nie rozumie, nie znoszę tego, tak jak nie znoszę śpiewania mantr na jodze czy innych działań, których nie rozumiem i w które nie wierzę. Czy zaczynają już mi prać mózg? Czy mam już stąd wyjść? W końcu zaśpiew cichnie. Słuchamy wprowadzenia, pierwszej instrukcji na najbliższe minuty i cały kolejny dzień. Uczymy się anapany, podstawowego ćwiczenia. Mam skupić się na oddechu, tym jak powietrze przepływa przez dziurki przy wdechu i wydechu oraz jakie wywołuje to doznania. Tyle. Jeśli się rozproszę, spokojnie, nie ma co się denerwować, to normalne. Po prostu zacznę jeszcze raz. Wdech. Wydech.

Proste, myślę, kiedyś już trochę medytowałam, wiedziałam czego się spodziewać. Nie doznam nagłego objawienia, za to będę myśleć o milionie rzeczy. Grunt, żeby to zauważyć i spokojnie z powrotem skupić się na oddechu.

Pierwsza medytacja trwa około godziny, trochę się uspokajam i postanawiam, że jeszcze nie uciekam. Po wszystkim mówimy sobie w duchu cześć i czołem, do zobaczenia jutro o 4.30. Jest po 21, w ciszy rozchodzimy się do pokojów.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale nie mam w zwyczaju iść spać przed 22. Ba, o tej porze życie we mnie się budzi i krzyczy „jeszcze!”. Jednak cóż mam tu robić, biorę prysznic, kładę się do łóżka, jeszcze raz wertuję wszystkie broszurki, zastanawiam się, w co się wpakowałam i poddaję zmęczeniu.

Po 4 rano dzwoni alarm, tym najgorszym i najbardziej typowym dźwiękiem budzika. Chcę mordować i spać dalej. Jednak nie poddaję się swojej słabej woli, przynajmniej nie pierwszego dnia. Słyszę, że dziewczyna z pokoju obok już się zebrała i wychodzi, co mnie dodatkowo mobilizuje. Za oknem słyszę dźwięk gongu. Zwlekam się, byle jak odziewam i kieruję ku sali. Pierwsze zdziwienie: o tej porze jest już jasno! Już wiem, po co miała być latarka i już wiem, że w maju raczej się nie przydaje.

W sali panuje półmrok, cisza, część osób już siedzi, M. nie ma, siadam na swoim miejscu, owijam kocem i działam. Oddycham. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Ktoś niedaleko mnie się rusza. Wdech. Wydech. Ktoś wyszedł, ktoś kaszlnął. Wdech. Głowa mi się kiwa. Wydech. Wdech. Zgubiłam się, nad czymś zaczęłam się zastanawiać, chyba trochę przysnęłam. Wdech. Wydech. Chyba znów przysypiam, a może już odpływam w niebyt i krainę wiecznego oświecenia? Wydech. Nagle wyczuwam jakiś ruch, pojawili się nauczyciele i odpalają recytację. Nie da się już spokojnie drzemać. Siedzę siedzę, siedzę i myślę „czy to się kiedyś skończy”. I rzeczywiście kończy. Jest 6.30 i można iść na śniadanie.

Jedzenie, ach jedzenie. Pora jedzenia była najbardziej ekscytującą rozrywką dnia i zasługuje na cały akapit. Była to jedyna odskocznia od monotonnego planu i codziennie zastanawiałam się, co zaserwuje dziś kuchnia (jak się potem okazało, nie tylko ja…). Z zapowiedzi jedzenie miało być proste, wegetariańskie, prosimy jeść i nie wybrzydzać. Jak się okazało, było go w bród i nie chodziło się tam głodnym. Poza tym przepełniony żołądek utrudnia skupienie. Śniadanie to raj dla miłośników owsianki i jaglanki. Oprócz tego chleb, pasta do chleba, warzywa, kiełki, dżemy itp. Do picia różne rodzaje herbaty (chyba nigdy w życiu nie wypiłam takich ilości herbaty). Kawy brak, ratować można się inką.

Przy posiłkach trudno nie wchodzić w interakcje z innymi osobami, stoimy razem w kolejce po jedzenie, herbatę, siedzimy razem w sali. Obserwuję inne osoby, mimowolnie szukam wzrokiem M. bo mam niejasne przeczucie, że zrezygnuje i wyjedzie wcześniej. Uff, jest, wymieniamy nielegalny uśmiech. Trochę dziwne jest jedzenie w milczeniu, nikt nie powie „smacznego”, wszyscy zwykle polują na najlepsze miejsca przy oknie.

Po śniadaniu mam jeszcze godzinę, czas na drzemkę. Padam do łóżka i niechętnie wstaję na dźwięk gongu. Kolejna medytacja w sali, kolejny półsen. Kilkuminutowa przerwa. Zaczynamy od nowa. Jestem nieprzytomna, jednak wstawanie w środku nocy daje mi się we znaki. Wreszcie koniec. Jest 11, idziemy na obiad. Po obiedzie… idę spać. Olewam kolejny gong i wstaję dopiero na kolejną sesję o 14.30. Wreszcie czuję się żwawo. Moja głowa w czasie medytacji zaczyna coraz intensywniej pracować i podsuwać mi kolejne tematy i obrazy. Staram się odrywać od przemyślenia po raz kolejny wydarzenia sprzed 5 lat i skupić na oddechu. Udaje mi się na chwilę, po czym wraca do mnie przedwczorajsza rozmowa. Spokój, wróć do oddechu. Wdech, wydech, nie czuję nic specjalnego. Czekam na 17, to kolejna przerwa na ostatni posiłek. Owoce i herbata. Wdech, wydech, wdech, wydech….wreszcie jest, koniec. Idę do jadalni, owoce kończą się w szybkim tempie, teoretycznie na jedną osobę przypada jeden owoc ale widzę, że niektóre dziewczyny wzięły ich więcej, pewnie nie zauważyły tej informacji… Bardzo frustruje mnie fakt, że nie ma dla mnie jabłka. Szczerze nienawidzę wszystkich dookoła i pluje wewnętrznie jadem, że zabrali mój owoc. Na szczęście osoby zajmujące się przygotowaniem posiłków zauważają brak i donoszą kolejną partię. Ze mnie schodzą nerwy i zastanawiam się, po co mi one były.

W korytarzu prowadzącym do jadalni znajduje się tablica ogłoszeń. Jest kartka z cyfrą wyznaczającą dzień kursu, harmonogram, wyjaśnione są pewne niuanse. Wiszą informacje o recytacjach, częściowo przetłumaczony tekst.

Czeka nas ostatni blok tego dnia. Godzinna medytacja, potem wykład objaśniający, co się działo danego dnia i zawierający instrukcję co do kolejnego, ostatnia krótka medytacja i ewentualne pytania do nauczyciela. Wykład to coś nowego, jedyna „rozrywka”, można się rozluźnić i słuchać. Wykłady były tak sprytnie skonstruowane, że często zawierały odpowiedzi na pytania, które nasunęły się w trakcie danego dnia. Jak się okazało, nie było to tylko moje wrażenie, ale i innych uczestników kursu. Z drugiej strony czasami ciężko było mi ich słuchać i zaakceptować, bo zawierały filozoficzne i ideologiczne podstawy tej metody, z którymi się po prostu nie zgadzam.

Pierwszy dzień minął. Zostało dziewięć. Lekko załamana przyjęłam taktykę odliczania, która nie była najlepsza.

Ponieważ nie mogłam tam na bieżąco spisywać swoich wrażeń, zrobiłam to dopiero jakiś czas po powrocie. Z perspektywy czasu widzę, że dużo szczegółów co do tych pierwszych dni mi się zatarło. Pamiętam, że przez trzy pierwsze dni bombardowały mnie w myślach słowa, tematy, obrazy, przeczytane zdania, odbyte rozmowy, zobaczone memy i nieodzobaczone bzdurne zdjęcia z Instagrama. Przemyślałam całe swoje życie w przód i w tył, po czym wydawało mi się że to koniec, starałam się skupić na oddechu, i zaczynałam myśleć, i znowu przerabiać dany temat w głowie. Miałam lekki syndrom odstawienia telefonu, chciałam coś sprawdzić w necie, ale zapominałam, że nie mam jak. Raz słyszałam przelatujące samoloty i zastanawiałam się, czy to może wybuchła już wojna, a ja nic nie wiem. Codziennie miałam sny, co było dla mnie dziwne, bo zwykle mi się nic nie śni. A tam noc w noc, jak tylko zasypiałam, śniły mi się chyba wszystkie osoby, które znam i których nie znam, w dziwnych konfiguracjach i niespotykanych sytuacjach. Drugiego dnia zasnęłam w trakcie medytacji w pokoju z głową na ziemi… siedząc po turecku. Obudziłam się z odciśniętym wzorkiem kafelka na policzku i potwornym bólem w plecach, biodrach i kolanach. Od tego momentu postanowiłam, że pieprzę poranną medytację, ja się muszę wyspać. Też drugiego dnia całkiem mimowolnie wpędziłam się w ogromne rozdrażnienie i frustrację. Czemu? Trzeba było chwilę dłużej poczekać na otwarcie jadalni, bo zaciął się zamek. Zanim ktoś zdołał otworzyć drzwi, ja zdążyłam się zniecierpliwić czekaniem, rzucać nienawistne spojrzenia, zacisnąć usta i stukać stopą, w głowie odpowiednio komentując sytuację. Śniadanie zaczęło się kilka minut później, a do mnie dotarło do mnie, jak bardzo bezsensowna, niepotrzebna i przede wszystkim negatywnie oddziałująca na mnie była ta reakcja.

Takich momentów autorefleksji nad własnymi automatycznymi reakcjami i myślami miałam w trakcie pobytu bardzo dużo. Nic dziwnego, skoro znajdujesz się nagle w niby-laboratorium i w sterylnych i izolowanych warunkach prowadzisz pogłębione badania nad sobą i swoją własną głową.

Po początkowych złych warunkach atmosferycznych pogoda zaczęła sprzyjać i zachęcać do eksplorowania pobliskiego lasku. Na niewielkim obszarze wyznaczone były ścieżki spacerowe. Powoli przyzwyczajałam się do rytmu dnia. Zaskoczyło mnie kolejne odkrycie, w sumie proste i mi jednak znane – jeśli mam opcję wyjść z domu na spacer, a zostać w domu, wybieram zaleganie. Nie kręci mnie obcowanie z naturą, obserwowanie zmian w przyrodzie, patrzenie w chmury itp., wolę gapić się w sufit i pogrążać się we własnym świecie. Jednak tam miałam go aż nadto, dlatego w końcu wyłoniłam się z pokoju i w wolnym czasie spacerowałam i powoli poznawałam wszystkie ścieżki, drzewa, szyszki, trawy na przestrzeni najbliższych 100 metrów.

Trzeciego dnia dostaliśmy ważną informację. Otóż jutro, po tych zmaganiach, mękach i skupianiu się z dnia na dzień na kolejnych fragmentach ciała związanych z oddechem (np. weź się cały dzień skupiaj na miejscu nad górną wargą, którą muska wydychane powietrze) i subtelniejszych wrażeniach, czeka nas ważny dzień. Poznamy technikę vipassany i zaczniemy właściwą praktykę medytacji. Myślę, że ten komunikat wywołał niemy krzyk „COOO?!” z płuc stu osób. Jak to dopiero zaczniemy, to co my tu do licha robimy od tych kilku dni?? Odpowiedź przyszła wraz z wieczornym wykładem; te pierwsze dni potrzebne są na uspokojenie umysłu, wyciszenie i przygotowanie do kolejnych, bardziej wymagających ćwiczeń (swoją drogą śmieszy mnie teraz określanie słowem „ćwiczenie” nieruchomego siedzenia. Chodakowska chyba nie byłaby zadowolona).

Sama vipassana to obserwowanie doznań w ciele. Skanuje się ciało, po kolei od czubka głowy aż po palce stóp, sprawdzając, co dzieje się w danym fragmencie ciała. Czuję mrowienie na brodzie, zachowuję spokój, to minie, pojawia się ból w łopatce, zachowuję spokój, to minie, cholernie mi się już nie chce, zachowuję spokój, to wrażenie minie.

Dzień po dniu, stopniowo przechodzimy do obejmowania uwagą coraz większych fragmentów ciała. Celem ma być możliwość świadomego odczuwania całego ciała naraz. To ryzykowny moment, bo mogą pojawić się przyjemne doznania – są to wibracje, które przepływają przez ciało i których raczej nie odczuwa się na co dzień, bo rzadko można się aż tak skupić. Myk polega na tym, że to poczucie też minie, mimo że jest miłe. Dlatego też to skanowanie ciała i wyczekiwanie na przyjemne doznania nie powinno być celem samym w sobie. To tylko ćwiczenie, którego celem jest zachowanie spokojnego, niezmąconego żadnymi doznaniami umysłu.

W ostatnich dniach dostajemy zalecenie, aby skupienie utrzymywać także poza salą medytacyjną i pozostać świadomym tego, co odczuwamy, gdy jemy, chodzimy, czy śpimy. I niezależnie od tego, czy czuję coś przyjemnego lub niekomfortowego, należy zachować spokój w głowie, nie dać się ponieść emocjom i nie przywiązywać się do doznań, bo one miną. Wszystko minie. I w sumie o to tak w skrócie chodzi w życiu, nie?

Dziesiąty dzień, dziś poznajemy kolejną technikę medytacji – mettę, którą praktykuje się na końcu sesji. To technika, w której nie skupiamy się już tylko na sobie, ale na innych, otaczających nas osobach; to ćwiczenie, które ma nas przygotować na powrót do świata. Jest trudna i trudno jest też mi ją opisać. W bardzo dużym skrócie chodzi o przesłanie energii, życzliwości i dobrych intencji do innych.

Tego dnia można zacząć rozmawiać. Jestem stremowana, mimo że od 10 dni mijam te same twarze, to nie znam tu w zasadzie nikogo i myślę, czy jeśli się do nikogo nie odezwę, czy to znaczy że przegrałam w tę grę i to wszystko było na darmo? Z nerwów aż się pocę, na szczęście okazje do rozmowy nasuwają się naturalnie, spotykam swoją sąsiadkę, od razu dołączają się kolejne osoby i wymieniamy wrażenia. Głos więźnie mi w gardle, nienawykły do takiej pracy. Pojawia się M., od razu zaczynamy rozmawiać i czujemy się jak stare przyjaciółki. Okazuje się, że ona codziennie miała kryzys spowodowany tęsknotą i brakiem interakcji międzyludzkich (co swoją drogą dla mnie było szokiem, bo w tym miejscu czułam się dobrze i nie odczuwałam tych braków tak dotkliwie). Codziennie chciała wyjeżdżać, a ja codziennie mimowolnie i z rozpędu sprawdzałam jej obecność. Przypadek? Przeznaczenie? Magia?

Historii z magią w tle jest więcej. Spędzam trochę czasu z dwiema dziewczynami, które również spotkały się tu przypadkiem. Po dłuższej chwili okazuje się, że dziewczyny mają wspólne hobby – chodzenie długodystansowe. Od słowa do słowa okazuje się, że obydwie od dawna bardzo marzą o przejściu hardkorowego szlaku PCT Trail prowadzącego zachodnim wybrzeżem Ameryki Północnej; zajmuje to około pół roku. Słyszałam o nim pierwszy raz w życiu, w ogóle abstrakcyjne jest dla mnie, że można lubić chodzić na dalekie trasy. A one zaczynają wymieniać się planami i decydują się na wspólną organizację i wyjazd w przyszłym roku. Słucham tego i nie wierzę, jak łatwo znalazły się tu te bratnie dusze.

Niesamowite jest to, jak różnie postrzegane były te same sytuacje. Jakie emocje rozgrywały się przez te dni za milczącymi i nieruchomymi twarzami. Jakie strategie na przetrwanie można obrać. Jak łatwo można było kogoś na początku ocenić, tylko na niego patrząc, żeby potem stwierdzić, jak bardzo głupia i niesprawiedliwa była ta ocena. Ocena, którą tylko ja znałam i która determinowała moje nastawienie. Są to frazesy, wszyscy wiedzą, że nie powinno się oceniać ludzi bez poznania ich. A jednak jest to tak automatyczne i głęboko zakorzenione w naturze, że czasem brakuje świadomości takiego właśnie działania.

Na wieczornej medytacji jest już znacznie trudniej się skupić. Usłyszane historie kołaczą się po głowie, czuć zbliżający się koniec, w sali panuje już inna atmosfera. Kolejnego dnia rano rozjeżdżamy się w swoje strony. Wracam znów z M., jesteśmy podekscytowane i ciekawe, co teraz i jak to będzie.

I co było potem? Co się zmieniło? Co się nie zmieniło? Co o tym myślę teraz? Czy medytuję? Czy kiedykolwiek tam wrócę? Na co to komu w ogóle było? O tym w kolejnym wpisie…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.