Drogi pamiętniczku, od kilku miesięcy odnoszę wrażenie, że…

Gram w filmie pt. „Fifty Shades of Pain. Powiedz stop”. Film opowiada o zadawaniu bólu i płaceniu za to wysokiej ceny. Niestety przypadła mi rola głównej bohaterki, która w specjalnie do tego przeznaczonym pomieszczeniu poddawana jest torturom, testuje się jej granice wytrzymałości, a na końcu wystawia się jej za to spory rachunek.

To niejasne uczucie towarzyszy mi za każdym razem, gdy opuszczam gabinet fizjoterapii, a w dłoni ściskam paragon za terapię manualną i trening rehabilitacyjny. Nie wiem, kto reżyseruje ten dramat, prawdopodobnie jeden z twórców filmów bollywood. Fabuła ciągnie się już niemiłosiernie długo, a końca wciąż nie widać. Konwencja gatunku wymaga, aby pojawiły się sceny taneczne – i tu mamy problem. Główna bohaterka tylko utyka. Wiatr lekko rozwiewa jej włosy, gdy ta w drodze do domu walczy z przeciwnościami losu – bólem w okolicy podrzepkowej i nierównymi krawężnikami. W tym momencie może tylko zacytować słowa z innego bollywoda – „Życie jest jak film i na końcu wszystko będzie dobrze. A jeżeli jeszcze nie nastąpił happy end, to znaczy, że film wciąż trwa.” Wtedy szklą się jej oczy, na niebie wybuchają fajerwerki, a zgromadzeni statyści, widząc jej zmagania, porywają ją i na rękach zanoszą do domu w rytm rzewnej muzyki.

Zostałam przygotowana na to, że po rekonstrukcji więzadła krzyżowego w kolanie będę przez kilka miesięcy wyłączona z życia, że czeka mnie dużo pracy, że ważne są (o ironio) odpowiednie dobrane ćwiczenia. Wiedziałam to wszystko w teorii. Praktyka na początku nawet mnie ekscytowała. Obserwowałam, jak po operacji noga powoli się regeneruje, cięcia zabliźniają, zakres ruchu z każdym tygodniem się zwiększa, a w sflaczałym udzie odbudowują się mięśnie. To, co jeszcze niedawno było niemożliwe, stawało się osiągalne. Dziwiłam się, jak to jest, że powtarzanie prostych, konkretnych ruchów działa na niewidoczne dla oczu tkanki? Gotowa byłam przyznać, że ćwiczenia to pewnego rodzaju magia, której działania do końca nie rozumiem. Dotychczas z aktywnością fizyczna łączyła mnie dość szorstka relacja, podtrzymywana tylko w celu osiągnięcia widocznej metamorfozy i przekonania się, że mogę więcej, niż podpowiada mi moje ciało. Ale tym razem chodziło o bezpieczny powrót do równowagi i pewne stanięcie na dwóch nogach. Mimo że to, co robiłam nie wyglądało spektakularnie („a ty co, tai-chi ćwiczysz?” – słyszałam), ale było skuteczne.

Magia działała do momentu, gdy zrobiło się zwyczajnie nudno. W ćwiczeniach najgorsze jest to, że nie wystarczy o nich gadać i trzaskać sobie zdjęcia w sportowym ubraniu. W ćwiczeniach chodzi o to, żeby ćwiczyć i są takie dni, że nie mogę się z tym pogodzić. Mimo to powoli oswajam się z myślą, że w mojej sytuacji muszę ćwiczyć, żeby funkcjonować na co dzień bez bólu. Pal licho tę nogę, mnie już zaczyna też łupać kręgosłup, rwać bark strzykać w biodrach i sztywnieć kark… Czas, gdy mogłam radośnie i bez konsekwencji zastygać w bezruchu, minął.

Plus wszystkiego, co mnie spotkało są takie, że pierwszy raz w życiu z tyłu głowy nie mam w planach schudnąć do (tu liczba, którą akurat uznaję za odpowiednią) kilogramów. Ale chcę kiedyś przejechać wybrzeże Bałtyku rowerem, chodzić po górach, jeździć na biegówkach, wyjeżdżać i wędrować cały dzień po nowym mieście, skakać na trampolinie oraz tańczyć. Z takimi obrazkami w głowie nakładam adidasy, nawet gdy mi się okrutnie nie chce.

Postępy nie przychodzą już tak szybko i jak to w filmie, nastąpił niespodziewany zwrot akcji. Zamiast dobiegać do mety, muszę zrobić jeszcze kilka okrążeń, konsultacji i zabiegów. Ktoś zaczął przebąkiwać o kręceniu sequelu, ale to jeszcze nic pewnego. Mam nadzieję, że nie będzie to krwawy horror.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.