Earn, eat, pray, love. Historia o tym, jak nie pojechałam w podróż. [1]

Mam dość. Rzucam wszystko i jadę w świat. Gdzieś, gdziekolwiek, nieważne, może do Azji, jest tanio, przecież już umiem się wydostać z lotniska w Delhi, potem już jakoś pójdzie. Na ile? Na ile się da, trzy miesiące, pół roku, zobaczymy jak to wyjdzie. Za ile? Zależy, ile uzbieram, ale przecież jakoś to będzie. Z kim? Sama, czemu nie, może przestanę panicznie się bać ludzi i będę musiała się przełamać i zacząć z nimi rozmawiać. W drodze przecież tyle się dzieje i poznaje ludzi. Ogarnę.

Taki pomysł pojawił się w mojej głowie w 2017 roku. Miesiącami nie dawał spokoju. W bólach i mękach w sierpniu złożyłam wypowiedzenie w pracy, miałam 3 miesiące na pozamykanie spraw i ruszenie w podróż życia. Było super, dużo o tym mówiłam, snułam wizje i cieszyłam się z nadchodzącej zmiany.

Aż we wrześniu zaczęłam się martwić. Średnio mi szło to całe oszczędzanie i uznałam, że nie będę mieć wystarczająco pieniędzy, żeby czuć się bezpiecznie. Nie chcę też być biedakiem w Azji, wystarczy, że czuję się tak w Polsce. Cóż… Dwa dni później odezwała się do mnie znajoma z pomysłem „Ej, postanowiłam że rzucam pracę, mam dość Warszawy, jadę na zimę w Alpy do pracy sezonowej gdzieś w hotelu albo restauracji. Może się dołączysz?” Co ja na to? Poczułam, że spadła mi tym z nieba i zdecydowałam w kilka minut, że wchodzę w to. Nieważne, że nie byłam wcześniej Alpach, od kilku lat nie pracowałam fizycznie, nie znam realiów ani branży, trochę mi się trzęsą ręce, tłukę szkło i rozlewam napoje. Będzie dobrze, odpalamy internet i szukamy pracy. Zważając na znane języki obce ja skupiłam się na ofertach ze Szwajcarii, Agnieszka – z Francji. Przygotowałyśmy CV, napisałyśmy przepiękne wiadomości uzasadniające, czemu dwie dorosłe baby chcą nagle zostać kelnerkami. Dostałyśmy pierwsze przepięknie sformułowane odpowiedzi odmowne, które nas jednak nie zraziły. Postanowiłyśmy podnieść swoje kwalifikacje i zrobić kurs barmański. Trafiłyśmy na taki weekendowy. W Gdańsku. Bardzo profesjonalny, z częścią teoretyczną i praktyczną oraz pracą z prawdziwymi alkoholami. To był ciężki weekend, ale wróciłyśmy z certyfikatami, które szybko zeskanowałyśmy i załączałyśmy do wiadomości. Efekt? Zaczęło się coś ruszać, zaczęłam coraz lepiej orientować się w mapie Szwajcarii, stawkach, warunkach pracy i coś mi mówiło, że to wypali.

I wypaliło. Każda z nas dostała pracę. Nadszedł czas pakowania i pożegnań, który mimo wszystko był dosyć przyjemnym momentem, bo dostałam ogromnie dużo wsparcia, pomocy i prezentów. Wyprowadziłam się z Warszawy i w połowie grudnia wyjechałam do małej wioski położonej godzinę drogi od Berna. Zostałam tam trzy miesiące, pracując w hotelowym barze, zarabiając najniższą szwajcarską pensję, która była trzykrotnie wyższa niż moje warszawskie zarobki. W ten sposób zdobyłam pieniądze na dalsze ekscytujące przygody. Świat stał przede mną otworem.

9 myśli na “Earn, eat, pray, love. Historia o tym, jak nie pojechałam w podróż. [1]”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.