Earn, eat, pray, love. Historia o tym, jak nie pojechałam w podróż. [2]

Już podczas pobytu w Szwajcarii zaplanowałam sobie kilka atrakcji na najbliższy czas (oprócz Wielkiej Podróży, oczywiście). Wiedziałam, że moją bazą  będzie Gorzów. Wiedziałam, że jestem tam w stanie wytrzymać około tygodnia, potem dla zachowania równowagi swojej i otoczenia trzeba się ewakuować. Po wstępnej aklimatyzacji na polskiej ziemi wyjechałam więc na zasłużone wakacje.

Gorzów-Kraków-Marrakesz-Agadir-Warszawa-Korfu-Warszawa-Gorzów. Majówka zaczęła się dla mnie w połowie kwietnia i trwała 3 tygodnie. Torby dopasowane do wymiaru bagażu podręcznego mieściły zaskakująco dużo rzeczy. Dużo słońca, dużo czasu z przyjaciółmi, dużo jedzenia. Widziałam pustynię i ocean. Jechałam na wielbłądzie, byłam w autentycznym hammamie dla lokalsów i zostawiłam tam obrzydliwie dużo złuszczonej skóry, pierwszy raz nurkowałam i byłam pewna, że zginę na głębokości 5 metrów. Widziałam pracujących Greków – sezon turystyczny dopiero się zaczynał i jeździli koparką po plaży, przesypując piasek. Powrót do domu oznaczał upragnioną zmianę outfitu i przepakowanie bagażu.

W połowie maja czekały na mnie inne wrażenia. Pojechałam na 10 dni do ośrodka medytacyjnego pod Koninem, gdzie przeszłam pranie mózgu, straciłam kontakt z rzeczywistością, połączyłam się z innym wymiarem i dołączyłam do sekty.

Żartuję. Ale mniej więcej takie opinie można znaleźć w internecie na temat medytacji vipassana. Tak naprawdę to podczas pobytu tam nie mogłam gadać z ludźmi, czytać, pisać, nie miałam telefonu ani innego kontaktu ze światem zewnętrznym, jedyne co to miałam robić, to siedzieć, skupiać się na oddechu i obserwować wrażenia pojawiające się w ciele. Przez kilkanaście godzin dziennie, bez uprzyjemniających dłużący się czas rozpraszaczy. Czy bałam się, że tam zwariuję? Oczywiście, dlatego na wszelki wypadek nie planowałam sobie bliższej przyszłości. Czy zwariowałam? O tym możesz przeczytać tutaj.

Uprzedzając pytania: nie znalazłam odpowiedzi na nurtujące mnie wielkie pytania, nie połączyłam się z bytem, nie znalazłam też sposobu na zapewnienie pokoju na świecie. Wróciłam za to z dużym spokojem w głowie i poczuciem, że nie wiem co będzie, ale będzie dobrze. Zaczęłam powoli myśleć o przygotowaniach do podróży. Wiedziałam, że lato chcę spędzić w Polsce, pojechać na kilka festiwali, w góry, nadrobić zaległości towarzyskie i ogólnie niezobowiązująco się pobujać. Znalazłam też potencjalne towarzystwo do podróży i razem ustaliłyśmy, że możemy wyjechać jesienią.

Czekały mnie kolejne kolejne trasy. Kraków-Zakopane-Kraków-Wrocław-Gorzów. Gorzów-Katowice-Kraków-Warszawa-Gorzów-Libiąż-Gorzów. Chyba odkryłam w sobie cygańskie pochodzenie. Z plecakiem jechałam z domu do znajomych, do hostelu, pod namiot. Do zapamiętania kolejne adresy, numery domów, kody do domofonów. Prowadzone statystyki wskazywały na to na to, że liczba łóżek, w których spałam zbliżała się do liczby przeczytanych w tym roku książek. Plany i pomysły na życie rosły wraz z kolejnymi przebytymi kilometrami. Aktywność wymagała nakładów finansowych, zastanawiałam się, z którego strumienia tym razem do czasu wielkiego wyjazdu zaczerpnąć złotych monet. A może poszukam pracy zdalnej, a może poszukać zleceń i być freelancerem, a może wrócić do Szwajcarii i jeszcze podładować konto, a może jednak wyjechać zagranicę na stałe, a może w międzyczasie skoczę na winobranie jak już będzie bardzo źle, a może poszukam zwykłej, nieangażującej pracy w korpo i po 3 miesiącach okresu próbnego bez skrupułów z niej zrezygnuję. Żadna z tych opcji szczególnie mnie nie pociągała, co nieco działałam w tym zakresie, ale bez przekonania i większych sukcesów. Jedno było pewne, musiałam koniecznie wymyślić, co dalej. „I co dalej?” – to pytanie słyszałam nieustannie od powrotu do Polski.

Odpowiedź na nie stała się kluczowa, gdy w połowie lipca wróciłam do Gorzowa i nie miałam ŻADNYCH planów. Zrobiłam wszystko to, co miałam zaplanowane. Wreszcie mogłam skupić się na planowaniu wielkiej, długiej, tłustej, wymagającej podróży, o której tyle mówiłam. Ale zaraz zaraz, czemu idzie mi wciąż opornie i nie mogę po prostu kupić biletu? W międzyczasie moja potencjalna towarzyszka podróży dostała chwilę przed złożeniem wypowiedzenia nieoczekiwane opcje wyjazdu z pracy w dwa różne końce świata. Przypadek? Cóż, każdy może rzucić wszystko i jechać w świat, nie każdego korpo samo rzuca w świat – żal nie skorzystać, skoro możesz sobie wybierać między życiem na Karaibach a lataniem w różne śmieszne miejsca w Azji i na Pacyfiku.

Zostałam sama z decyzją i przyrzekam, że przeżyłam najgorszy tydzień swojego życia. Świadomość, że „mogę wszystko” kompletnie mnie paraliżowała. Byłam najbardziej rozmemłanym człowiekiem w okolicy. Po kulminacji przyszedł w końcu rozsądek i zrobiłam krótką rewizję, co mogę, a czego chcę. Czemu ja w ogóle chciałam gdzieś jechać? Nie marzyłam o zwiedzaniu, wylegiwaniu się na plażach, oglądaniu świątyń, słoni, egzotycznym jedzeniu (ok, może trochę). Nie byłam ciekawa spotkań z drugim człowiekiem i słuchania jego opowieści ani poznawania jego rzeczywistości. Wyszło mi na to, że chciałam przed sobą postawić ogromne wyzwanie i udowodnić sobie, że dam radę. Pojechać na drugi koniec świata, trochę żeby uciec, zresetować się, w trudnych warunkach odrobić lekcję charakteru. Przepracować zamykanie się w sobie, nieufność wobec ludzi, niechęć do nawiązywania kontaktów i rozmów. Uznałam, że wyjazd samej na drugi koniec świata będzie idealnym sposobem na to, w końcu przez te kilka miesięcy musiałabym się do kogoś odezwać i nauczyć sobie radzić z ludźmi.

No i tak mi wyszło, że ja już to wszystko zrobiłam. Może nie jest idealnie i nie na zawsze, ale zmieniłam swoje nastawienie. Nie trzeba jechać do Nepalu, żeby się odnaleźć, wystarczy tydzień na polu namiotowym w Libiążu pod Wrocławiem. Również w codziennej, polskiej rzeczywistości można rozmawiać z ludźmi. Ok. może taksówkarz wiozący cię na Flixbusa jest mniej ekscytujący, niż riksiarz z Waranasi, ale to też człowiek.

A to, czego chcę teraz, to ustabilizować się zawodowo-finansowo i rozpakować się w miejscu, gdzie nie będę sama. Stanąć pewnie na nogach i zbudować taki tryb życia, który pozwoli mi może kiedyś na życie w drodze, jeśli wciąż będę tego chciała. Podróż odkładam do momentu, aż będzie sama w sobie moim prawdziwym marzeniem.

Po podjęciu tej decyzji automatycznie w głowie poczułam spokój i zaczęłam działać. Efekt? Po tygodniu miałam pracę i mieszkanie, które w zasadzie przyszły do mnie same dzięki rozmowom z odpowiednimi osobami w odpowiednim czasie. W Krakowie, co oznacza powrót do miejsca, które już znam.

Wylądowałam tam z walizkami 31 sierpnia, dokładnie rok po złożeniu wypowiedzenia w pracy. Pamiętam ten dzień, siedziałam na plaży nad Wisłą przy moście Poniatowskiego, w promieniach zachodzącego słońca (i przy butelce Miłosławia) w emocjach snułam wizje tego, co mnie czeka. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, jak to się skończy, uznałabym to za marny żart i przegranie życia. Ot, perspektywa.

2 myśli na “Earn, eat, pray, love. Historia o tym, jak nie pojechałam w podróż. [2]”

  1. Kurczę, może ja się po prostu starzeję, ale ostatnio emocji dostarczają mi chemiczne zakupy w Aldiku przed przekroczeniem granicy z Polską – to jeśli chodzi o dalekie podróże i wyzwania w ogóle. A co teraz w ogóle robisz w tym Krakówku? Będą nowe odcinki? Dawaj foty!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.