Mała czarna

Dzisiaj sobota robocza. Korzystam z kilku wolnych minut przed 9 rano i decyduję się na kawę z Żabki, żeby przywrócić się do żywych. Nie wiem jak to działa, ale niezależnie od lokalizacji, za każdym razem, gdy wchodzę do Żabki, uderza mnie nonszalancja bijąca z okolic kasy. Tego nabywa się chyba automatycznie wraz z zaciągnięciem do pracy.

Tym razem za kasą mężczyzna, ciemnowłosy, lat na oko ok. 30. Rozmawia zajadle na messengerze, ale jest całkiem spoko, bo gdy widzi mnie przy kasie, to przerywa. To ja mówię, poproszę kawę, on mówi 4,99. Gramy swoje role świetnie, on czy może być winny grosika, ja że tak, tak. Nie wiem, który wybrać kubek, więc pytam, odpowiada mi, wszystko jest super. W końcu dochodzi do momentu, w którym możemy przestać udawać, że się sobą interesujemy. Ja obsługuje się sama, on wraca do telefonu. Ekspres cicho warczy, spienione mleko powoli wypełnia kubek, w tle co chwilę pobrzmiewa charakterystyczny dźwięk messengera, który oznacza, że ktoś pod drugiej stronę ekranu pisze odpowiedź.

Nagle widzę, że na automacie coś miga. Powoli przetwarzam dane i już wiem, o co chodzi. Przerywam sielankę i mówię na głos „ojoj bo tu się chyba ziarna skończyły”. Jest akcja, jest i reakcja. Telefon wędruje do kieszeni, następuje sekwencja ruchów, m.in.: wyjęcie opakowania kawy, użycie nożyczek, zbliżenie się do automatu, przekręcenie kluczyka, uzupełnienie odpowiedniego pojemnika, przekręcenie kluczyka. W tle dalej ciągły akompaniament messengera, o czym do licha można tak gadać z rana? Nie wiem, nie pytam, już nie chcę przeszkadzać, może tam się losy świata ważą, a ja swoją kawą tyłek zawracam. Mamroczę tylko pod nosem dziękuję czy coś takiego, automat wreszcie wraca do pracy, gość też, znaczy się do telefonu. Jeszcze chwila, chwilunia, gotowe. Widzę kolejny komunikat, ale już nie mam serca przerywać kolejny raz z wiadomością, że w maszynie zebrały się fusy i trzeba będzie je wyrzucić. Zostawiam to kolejnemu klientowi, już tylko chwytam swój kubek, przykrywka i znikam.

Ale to nie koniec przygód z kawą na dziś. Jeszcze nie wiem, że za kilkaset metrów przy wchodzeniu do budynku coś nie zadziała w mojej koordynacji ręka – oko, walnę kubkiem w drzwi, następnie wypuszcze go z rąk, kawa popisowo obryzga szybę, dywanik i wszystko dookoła (ale dziwnie oszczędzając mnie) i będę musiała przerwać portierowi oglądanie telewizji słowami „ojoj bo mi tu się kawa wylała…”.

Tak sobie myślę, że to tak naprawdę cicha i podstępna zemsta ruchu zero waste.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.