Never don’t give up

Przeanalizowałam ostatnio opinie i komentarze o tym, co tu się wyprawia. Przeważają dosyć gwałtowne reakcje – coś o popłakiwaniu się, sikaniu w gacie, popluciu ekranu. Dobra, wiem, że tworzę śmiechowy lol-content. Sama tak się bawię przy pisaniu notki w weekend, że jeszcze w poniedziałek turlam się ze śmiechu i nie mogę trafić w przycisk „opublikuj”. Udaje mi się jednak powstrzymać przy tym swoją fizjologię.

Ale dziś w trosce o dobro wszystkich, będzie temat poważny.

Dziś będzie o tym, jak staję się dzikiem.

Możesz być kimkolwiek chcesz, musisz jedynie zdecydować.

Zaczęłam uprawiać sport. Tak systematycznie, z wyznaczonym celem i progresem. Robię formę życia.

To był mój plan na ubiegły rok, kiedy to nie robiłam nic, żadna praca, zobowiązania, napięty grafik mi nie przeszkadzały, miałam mnóstwo czasu i mogłam cisnąć. Miałam wtedy zrobić formę życia, co nie było trudnym zadaniem, bo nigdy nie byłam w formie i jakakolwiek poprawa kondycji byłaby już formą życia. Miałam sobie zrobić zdjęcie sylwetki „przed” i „po” metamorfozie, tak jak robią te wszystkie kobiety, które ćwiczą z Chodakowską i wrzucają je potem na Instagrama. Miało być pięknie i miałam nie sapać przy wchodzeniu na trzecie piętro, nie wciągać brzucha – bo już byłby sam z siebie wciągnięty i nie miałby prawa już odcisnąć się na nim guzik od dżinsów.

No cóż, nie wyszło. Los ciągle rzucał pączki pod nogi i zamiast pocić się jak szalona i pławić się w endorfinach potreningowych – wybierałam coś innego. Potem miałam kontuzję kolana i nawet gdybym bardzo chciała się ruszyć, to zakrawało to o szaleństwo. Stąd moje zdjęcia wciąż wyglądają jak te „przed”.

Jeśli potrafisz o czymś marzyć, potrafisz to osiągnąć.

Ale kiedyś trzeba powiedzieć sobie dość. Takim momentem granicznym jest chwila, gdy nie mogę sięgnąć ręką do wysoko powieszonej szafki z jedzeniem, bo tak mnie łupie w plecach. Do licha, mogę umrzeć zgarbiona, ale nie głodna. Wtedy już wiem, że nie ma odwrotu i muszę się zacząć ruszać.

Po przeanalizowaniu dziesiątek możliwych opcji zdecydowałam się na opuszczenie domu i ćwiczenia w miejscu publicznym, w grupie, wśród innych cierpiących. Poszłam do pobliskiego klubu fitness i podpisałam cyrograf na 3 miesiące. Klub jest bardzo duży i nowoczesny, wszyscy tam mówią do siebie „cześć”, jest siłownia, basen, sauna, kawiarenka, 3 komputery, w które można sobie poklikać. A no i 3 sale, gdzie odbywają się zajęcia o przeróżnych skrótach, o których bardzo dużo czytałam i bardzo dobrze znam je w teorii.

Wybrałam na razie aqua aerobic (bo kolano) i muszę powiedzieć, że to był sprytny ruch. Są to najkrótsze zajęcia ze wszystkich możliwych, nie pocę się (bo jestem w wodzie), nikt mi nie drze się nad uchem „mocnieeeeeeej” (bo jestem w wodzie) i nie do końca widać, czy rzeczywiście ruszam ręką czy nogą (bo jestem w wodzie). Z zewnątrz wygląda to trochę jak rehabilitacja w sanatorium, ale to tylko pozory.  Zawsze musi się trafić jakaś niezrównoważona instruktorka-wariatka, której chce chyba nas zabić. Wtedy przez całe zajęcia staram się nie poddać, nie pójść na dno i wychodzę na ląd zmordowana.

Tylko wystawiając się na próby, możesz sprawdzić, na co cię stać!

Chodzę tam już miesiąc i przeszłam już różne spadki i wzrosty motywacji. Mimo jasno określonej wizji – czyli jestem zwinna jak wiewiórka, do szafki z jedzeniem sięgam nogą w szpagacie, a codzienny trening jest tak oczywisty i potrzebny jak wizyta w kiblu – muszę przyznać, że czasem (często?) pieruńsko mi się nie chce. Wtedy przez pół dnia w głowie kotłuje mi pytanie – iść czy nie iść, iść, nie iść, iść, nie iść, nie iść, nie iść???!!! Na szczęście wypracowałam już swoje metody na działanie.

Zaraz po powrocie do domu przebieram się w strój kąpielowy, nawet jeśli trening jest wieczorem. Wtedy naprawdę głupio zmienić zdanie i jednak nie iść. Jak zachować twarz, zdejmując go po kilku godzinach bez ruszania się z domu? Napuszczając wodę do wanny i robiąc w niej deskę?

Biorę też ze sobą torbę wypchaną wszystkimi kosmetykami i akcesoriami do bycia piękną, gładką i szczupłą. Od razu po treningu wykonuję wszystkie te tortury, których nigdy nie chce mi się robić w domu – czyli mycie, peeling, zmycie namalowanej twarzy, masaż szczotką, nałożenie balsamu nawilżającego, kremu na cellulit, odżywki na włosy, Wracam wtedy do domu ze świadomością, że już nic więcej nie mogę z sobą robić i jest pięknie.

I w końcu – pisałam, że to jest naprawdę dobra i nowoczesna siłownia. Jej twórcy wiedzą, z jakimi problemami zmaga się przeciętna, słaba, ziemniakowata osoba. I postanowili jej pomóc. Dlatego w szatni jest 140 szafek, w których na wewnętrznej stronie drzwiczek są przyklejone hasła motywacyjne. I ja jestem strasznie, strasznie ciekawa, czy tam naprawdę jest 140 bullszitowych zdań, które zgodnie z najnowszymi badaniami mają wryć się w głowę i automatycznie podnosić dupsko z kanapy. Aż mnie kusi, żeby sprawdzić wszystkie szafki za jednym zamachem, jednak trochę się wstydzę, bo tam są kamery i wyjdę na wariatkę, która zagląda do szafek, bo co… szuka tam resztek batonów energetycznych? Ale już sobie policzyłam, że przy chodzeniu na zajęcia 4 razy w tygodniu i niby takim mimowolnych zajrzeniu do 4 szafek przy jednej wizycie, rozwiążę te zagadkę do końca trwania karnetu. Czy to nie jest naprawdę mistrzowskie zagranie?

Im więcej potu na treningu, tym mniej krwi w boju.

Może kogoś zainspiruje moja historia i poczuje zew, żeby zmienić swoje życie. Gdyby ktoś chciał, to mam darmowe wejściówki do wykorzystania, można dołączyć do tej sekty i wciągnąć się w spiralę samorozwoju. Mówię to wszystkim swoim znajomym, ale jakoś nikt nie chce się ze mną wybrać i tylko szukają wymówek, Dziwne, a mówią, że tyle ludzi ćwiczy i jest moda na zdrowy styl życia. Ja nie wiem, gdzie oni są, może powinnam ich poznać.

Wpis w zasadzie nie będzie mieć zakończenia, bo praca nad sobą to ciągła walka, która trwa bez końca. Zawsze można być lepszym, ale tylko od siebie i nie warto porównywać się z innymi, Jutro będzie nowy dzień, a wraz z nim nowe możliwości. Mój trening – mój sukces – moje życie.

Wasza coachownica,

Ola

PS Nagłówki oczywiście nie są moje, to tylko co lepsze szafkowe hasła, które zapamiętałam.

6 myśli na “Never don’t give up”

  1. O, widzisz. Ostatnio wymyśliłam sobie, chyba w jakimś akcie autounicestwienia, że nauczę się stać na rękach. A moje ramiona są słabe jak nie wiem, polska dyplomacja, ale mam takie wyobrażenie w głowie że ludzie którzy to potrafią osiągnęli pierwszy dan zwinnosci i kontroli nad własnym ciałem i też bym tak chciała.

    Odpalilam więc tutoriale na YT i zaczelam się przymierzac. Potrafię już ustac przy ścianie przez całą minutę, choć poczatki były ciężkie, bo opaona kalifornjka June z tutoriala nie wspomniała że jak się wspinasz po ścianie stopami w skarpetkach to nie masz przyczepności i jest duża szansa, że zjebiesz się na ryj. Czego należało dowieść.

    Trzymam kciuki, ale targetuj się na zwinnosc lala a nie na chudosc. Na pohybel chudości jak można zrobić mostek z miejsca przez wygiecie.

    1. Wooow, wpisujesz się w hasła „nie wygrasz, dopóki nie nauczysz się przegrywać” i „nieważne, jak jesteś dobra – ważne, jak dobra chcesz być”!

      Ale na serio, to duży szacunek. Ja nie do końca nauczyłam się stać stabilnie na nogach i też przez to czasem padam na ryj. Jakby były jakieś tutoriale do tego, to chętnie przerobię.

  2. Mnie najlepiej motywowała wizja dobrego kraftowego weizena, gose czy innego fruita, który czeka w lodówce, i którego mogę się bez wyrzutów sumienia wypić w ramach „Dobry trening zrobiłeś, stary!”. Potem już treny weszły w uzależnienie, bez kraftów 😉

    1. Nie doszłam jeszcze do tego etapu, wciąż się muszę motywować jakimś alkoholem albo jeszcze lepiej jedzeniem… jak jakiś pies.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.