Nie jestem ciekawa, co dalej

Mam dziś taką anegdotę, że ktoś mi zadaje trudne pytanie, a ja nie wiem jak odpowiedzieć i wykpiwam się durną odpowiedzią. Nie pierwszy raz, pewnie nie ostatni. Każdy przeżył to przynajmniej w szkole, że trzeba się nagle wypowiedzieć, wyrazić swoje zdanie, skomentować temat, który niekoniecznie się zna. Najlepiej wtedy wychodzi jakiś bełkot, yyyyyy, lub patrzenie się po prostu przed siebie lub w zeszyt i udawanie, że się nie istnieje. 

Tym razem działo się to w czwartkowy wieczór podczas miłego spotkania z koleżanką. Odbyłyśmy już pogadankę o różnych rzeczach. Znienacka nad Wisłą Justyna spytała:

Olu, a co uważasz o mowie noblowskiej Tokarczuk? 

Odebrało mi wtedy mowę i zaczęłam grzebać w głowie. 

Eeee… A czemu pytasz? To jakoś już dawno było… Pamiętam że słuchałam w końcu jej kiedyś na Youtubie, ale jakoś w połowie się wyłączyłam, strasznie długo to trwało. No, mówiła po polsku, to najważniejsze, hyhy. Poza tym od tygodnia słucham tylko piosenki o myszojeleniu, który był ostatnio zaobserwowany w Wietnamie i umiem tylko powiedzieć, że ma ma ma małe nóżki i duży tułów, weź mnie nie męcz. 

Strategia spławienia rozmówcy zwykle się sprawdza. Justyna jednak się nie poddała tak łatwo, wyjaśniła, skąd to pytanie, ja zaczęłam w końcu myśleć, kojarzyć, łączyć fakty i kropki. Myślałam tak jeszcze przez kilka dni, połączyłam to z innymi myślami, które kiedyś mi się pomyślały i nagle odkryłam tajemnicę. Jaką? 

Od kilku miesięcy coś mi dolega, nie bardzo umiem powiedzieć ani napisać, co. Nie pierwszy raz, pewnie nie ostatni. Powoli przymierzam się do tego, żeby w dowodzie jako drugie imię oficjalnie wpisać sobie Apatia. Można to pewnie zwalać na niekorzystny biomet, ciśnienie, pogodę, złe powietrze, niedobór witaminy D, lenistwo, monotonną pracę, nieurozmaiconą dietę i za mało warzyw w posiłkach, brak ruchu, niechodzenie do kościoła, ekspozycję na niebieskie światło i setki innych rzeczy, które robię źle. Nie chce mi się pisać, co jest dla mnie sygnałem ostrzegawczym, bo to jest jedna rzecz, którą autentycznie lubię robić i daje mi radość. Spokojnie, nie jest to depresja, nie czuję się źle. Ale dobrze zwykle też nie. 

Wracam do tego Nobla i wyjaśnienia, czemu mnie to ruszyło. Otóż mamy sytuację, gdy zdarzyło się coś przełomowego i byłam świadkiem historycznego momentu, o którym pewnie kiedyś będą uczyć się w szkołach dzieci. Moja rodaczka została wyróżniona na arenie międzynarodowej i uznano jej działania za niezwykłe. Nie zdarza się to codziennie. Z tej okazji wygłasza przemowę, a ja mam możliwość obejrzenia/wysłuchania/przeczytania tego na żywo lub w dowolnym, wybranym przeze mnie momencie. I cóż się dzieje? Nie wykazałam tym ani cienia szczerego zainteresowania. Nie chodzi o to, czy lubię czytać jej książki, czy nie, czy je w ogóle znam, czy się zgadzam z nimi, czy nie. Chodzi o ciekawość.

Nie trzeba mieć szczególnych predyspozycji, IQ czy wykształcenia, żeby być ciekawym i zadawać pytania. Co zdarzy się danego dnia? Co kryje się za daną osobą? Co wydarzyłoby się, gdybym zachowała się inaczej, niż zwykle? Tymczasem ja straciłam zainteresowanie czym/kimkolwiek, co znajduje się dalej niż czubek własnego nosa. Działam głównie na autopilocie. Nie pamiętam, kiedy to się dokładnie stało, wydaje mi się że zadawanie pytań – ktoś mi albo ja komuś – to mój taki mały koszmar i stres od zawsze. Może mam predyspozycje do bycia nieciekawą osobą i uwiera mnie to. 

Nie sprzyja na pewno fakt, że no żyjemy w czasach internetu, a wbrew pozorom do korzystania z niego trzeba mieć naprawdę spore umiejętności i charakter. Ja nie umiem z niego korzystać w zdrowy dla mnie sposób, mimo że towarzyszy mi od kilkunastu lat. Mój mózg już jest w jakiś sposób sprany i zmęczony tym, że ciągle wystawiony jest na nowe informacje, wobec których jakoś trzeba się ustosunkować. Prawda, fake news, product placement, filtr na zdjęciu, hejt, komentarz każdej innej osoby, która zobaczyła tę sam przekaz i uważa, że koniecznie musi powiedzieć swoje zdanie na ten temat. Ciągle musiałabym się pytać: po co to oglądam. Ciągła analiza tego jest męcząca; lepiej ustawić się na tryb zombie i przyswajać treści, które nie wymagają za dużo uwagi. Tak samo działam potem w realu, skupiając swoją uwagę jedynie przez kilka sekund. Nic dziwnego, że oglądanie przez GODZINĘ wykładu, podczas którego nikt się w zasadzie nie rusza, nie ma napisów, używa się trudnych słów automatycznie skreśliłam. 

Przeczytałam już tekst przemowy. Zajęło mi to ponad dwie godziny, z kilkoma przerwami, niektóre z nich po to, żeby sprawdzić znaczenie co niektórych słów. W jednej z nich zawędrowałam gdzieś w internet, oglądając recenzję plecaka, którego nigdy nie kupię, bo mi się nie podoba i jest za drogi. Kilka razy chciałam przerwać i już nie wrócić. Czy warto było? Będę jeszcze musiała do niego wrócić, żeby go zrozumieć. To tyle, jeśli chodzi o umiejętność skupienia się i przeczytania tekstu ze zrozumieniem. 

Nie pasuje mi to. Nie tak to wszystko miało wyglądać i nie bardzo wiem, w którym momencie coś poszło nie tak i jak to zmienić (to nie jest pytanie i nie trzeba na nie odpowiadać).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.