Nie umiem krzyczeć

Drogi pamiętniczku,

nie zawsze jest mi wesoło. A gdy nie jest, to kreowanie zabawnych historyjek jest ostatnią rzeczą, na którą mam ochotę. Dlatego dziś zamiast dawki śmiechu wyrzucam z siebie żale.

Jeśli chodzi o ostatni miesiąc, to zaliczam go do kategorii „podróże w czasie – przeszłość”. Czułam się jak na studiach – błąkając się bez konkretnego celu i symulując bycie ważną i zajętą. Czas przeciekał mi przez palce, licznik obejrzanych odcinków seriali tykał, było mi obojętne, co jem, co robię i czy w ogóle gdzieś wychodzę. Dlaczego?

Tak reaguję na kryzys. Jeśli dzieje się mi coś złego, wycofuję się i unikam konfrontacji. Jeśli coś mi się nie podoba, wolę się przemęczyć i przemilczeć, niż powiedzieć głośno. A jeśli już mówię, to po długiej analizie, wygładzeniu wypowiedzi, trzęsącym się głosem, dłońmi i z bólem brzucha. Kosztuje mnie to kupę nerwów i sraczkę umysłową przez wiele godzin. Dlatego unikam konfliktów. Dlatego nigdy nie pokłóciłam się z mało znaną osobą, nigdy nie zwymyślałam kogoś na ulicy, nigdy nie zareagowałam spontanicznie i bez namysłu na krzywdę.

Dotyczy to nawet tak podstawowej sprawy, jak własne bezpieczeństwo – fizyczne, psychiczne czy finansowe. Umiem zareagować, jeśli komuś innemu dzieje się krzywda. Ale nikt nie nauczył mnie krzyczeć w swojej własnej obronie. Nie walczę. Zamieram w sobie, tłumiąc reakcję, gdy coś jest nie w porządku. Chyba nie chcę tego widzieć i jakoś za późno zauważam, że zostały naruszone moje granice, ktoś mną manipuluje i wykorzystuje.

I własnie teraz ponoszę konsekwencje tego wyuczonego zachowania. Nieasertywna ciotowatość i brak odpowiedniej reakcji w odpowiednim momencie na sytuację, która od dawna mi się nie podobała, zaprowadziły mnie w miejsce, w którym nie chciałam być. Odbiło się to na moim samopoczuciu i potrzebowałam aż miesiąca, żeby przetrawić tę lekcję.

Marzę o tym, żeby nauczyć się krzyczeć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.