Gdy w brzuchu mrowi, a ręce drżą. O strachu

Wrócił, nie wytarł butów i rozsiadł się wygodnie. Nie muszę na niego patrzeć. Od samej myśli, że jest, boli brzuch, trzęsą się ręce, a nogi wrastają w ziemię. Mówi mi, co mam robić. Nie chcę znów tego słuchać i próbuję się go pozbyć. Też nie słucha. I tak się rozmawia ze strachem.

Nawet nie chodzi o pokonywanie wielkich barier, nie dyskutujemy o odważnych czynach. Ja tylko boję się równo stanąć na obu nogach. Potem na jednej, tej mniej sprawnej, lekko zgiętej. Dalej zrobić krok do przodu, do tyłu. Wspiąć się na palce. Wejść i zejść ze stopnia. Wyprostować kolano. Zrobić przysiad, równo obciążając nogi. Potem wykrok, pamiętając o utrzymaniu kolana w osi.

Z każdym prostym ruchem wyobrażam sobie ból i głuchy trzask. Boję się, że coś wygnie się nie tak, jak powinno, szlag trafi operacje i rehabilitację. Nic dziwnego, przez kilka tygodni obchodziłam się z nogą jak z jajem ostatniego dinozaura. Uważałam, żeby nie naruszyć świeżo zoperowanych tkanek. Jak po tym czasie wrócić do siebie?

Ze strachu próbuję się asekurować, chwytać ścian, drabinek, poręczy, wykręcać stopy, uciekać biodrem – wszystko, byle tylko nie obciążyć czułych punktów. Obezwładnia mnie i każe robić rzeczy wolniej, mniej, na 50%, bez ryzyka, zachowawczo, żeby tylko nie narazić się na potencjalnie nieprzyjemne konsekwencje. Robię tym sobie tylko krzywdę, bo ciało, chroniąc kolano, przyzwyczaja się do innej pracy i obciąża inne części. Buduję nieprawidłowe wzorce ruchu. Sama nawet tego nie zauważam, wychwytuje to dopiero specjalista. Przed lustrem, z kolejnymi ćwiczeniami analizujemy i odkręcamy złe przyzwyczajenia, powstałe ze strachu. To trudne i boli. Ciągle muszę się pilnować, czy kolano nie ucieka mi do wewnątrz, czy środek rzepki przebiega prosto nad drugim i trzecim palcem stopy, czy dobrze siadam i wstaję z kanapy i czy gdy myję zęby, to równomiernie rozkładam ciężar na nogi.

Strasznie to upierdliwe, a wszystko przez słuchanie złego doradcy. W ilu jeszcze castingach strach zdobył tę rolę i podpowiadał mi kwestie?

Pamiętam mniej i bardziej absurdalne sytuacje. Kiedyś bałam się iść do sklepu kooperatywy spożywczej, oddalonej od domu o dwie ulice. Wkręciłam sobie (nigdy wcześniej tam nie będąc), że nie będę umiała się tam zachować, nie rozpoznam warzyw, będę musiała się spytać o ceny. Że torba, z którą przyjdę, nie będzie wystarczająco ekologiczna. Że ludzie, którzy tam chodzą, już się na pewno znają, będzie panować przyjacielska, sąsiedzka atmosfera, a ja się tam nie odnajdę. Przez to zaczęłam się bać chodzenia do jakiegokolwiek innego sklepu niż Freshmarket za rogiem. I przez kilka tygodni jadłam zdecydowanie za mało świeżych warzyw (a już na pewno nie jarmuż).

Jako dziecko bałam się przechodzić przez mosty. Jeśli już musiałam, to nie patrzyłam na barierki i szłam możliwie najbliżej ulicy, mocno ściskając za rękę mamę lub siostrę. Jeśli przemierzałam go autobusem, zamykałam oczy. Bałam się katastrofy, zawalenia mostu i wpadnięcia do wody. Minęło mi, gdy zaczęłam chodzić do liceum po drugiej stronie rzeki; nikt nie chciał pisać mi usprawiedliwień przez trzy lata, więc żeby ukończyć edukację, musiałam się przyzwyczaić do przechodzenia przez most, który – o dziwo – nigdy się nie zawalił.

Przyzwyczaiłam się do tej sytuacji i strach zniknął. Mogę nawet zbliżyć do barierek, ale przechodzenie przez wąskie, drewniane kładki nad wodą lub przepaścią wciąż nie należy do przyjemnych sytuacji. Wystarczy że oglądam je na zdjęciach i już czuję znajomy skurcz w nogach i brzuchu. Lęk przestrzenny pojawia się też przy chodzeniu po wyeksponowanych górach i jego akurat nie zamierzam pokonywać. Z całą świadomością przyznaję, że ze strachu nie będę zdobywać wysokich, skalistych szczytów. Poddaję się walkowerem.

Z tego samego powodu nie będę pływać łódką po mazurskich jeziorach ani nie wybiorę się w luksusowy rejs po Karaibach. Pływanie czymkolwiek, nawet rowerem wodnym wzbudza we mnie panikę i bardzo dziwi, że dla innych to może być sposób na miłe spędzanie czasu. Nie boję się utonięcia, bo umiem pływać, ale przeraża mnie brak stabilnego gruntu pod nogami oraz brak kontroli.

Można by pomyśleć, że z tych samych powodów nie latam samolotami. Błąd. Ten strach jakoś umiem sobie zracjonalizować, gdy patrzę na zachowującą spokój załogę lotu podczas wszystkich huków, stuków, warczeń i przechyleń, które dla mnie są sygnałem awarii. Siedzę nieruchomo, staram się ograniczać wyjścia do toalety, a podczas startu i lądowania słucham muzyki, żeby zagłuszyć myśli. I o ile wciąż poruszanie się z taką prędkością i to w powietrzu nie jest dla mnie normalne, to możliwości, jakie daje mi podróż samolotem sprawiają, że mimo strachu wsiadam na pokład.

I właśnie – skąd wiedzieć, kiedy go słuchać, a kiedy nie? Nie umiem ustalić ogólnej reguły ani sposobu, żeby się go pozbyć. W czasie rozmowy włazi mi na plecy i to ja decyduję, czy mogę się ruszyć z tym ciężarem.

Już wiemy, że próbuję poruszać się, używając obu nóg na tych samych zasadach. Zaczęłam jeździć rowerem, mimo strachu, że coś mi się stanie. Boję się przy tym prędkości, utraty równowagi, poślizgnięcia na krawężniku, wypadku, wjechania w kogoś, wybicia zęba (koszty!!!), więc jeżdżę najostrożniej, jak tylko umiem. Nie wiem, czy kiedyś wsiądę na rower na luzie, bez słów „uważaj na siebie” z tyłu głowy i swobodnie popedałuję przed siebie. Dalej – wykonuję telefony, mimo że ich nie lubię i trzęsą mi się wtedy ręce; odwlekanie ich i myślenie, że muszę gdzieś zadzwonić jest jeszcze gorsze, niż samo dzwonienie. Ale żeby odebrać nieznany numer bez sprawdzenia go wcześniej w internecie- na to jeszcze nie jestem gotowa. Kiedyś czeka mnie jazda samochodem po latach od zdania prawa jazdy. Ostatnia próba skończyła się na przejechaniu połowy okrążenia parkingu z dygającą nogą na sprzęgle; więcej nie udźwignęłam. A ostatnio to zaczęłam się uczyć rzeczy, która zakłada występowanie na scenie (whaaat?!) i ludzie, gdybym nie wyłączyła sobie myślenia i analizowania, to z tym strachem nie poszłabym w ogóle na pierwsze zajęcia. Ale o tym kiedy indziej.

Lista rzeczy, których przez strach nie dźwignę, jest jeszcze dłuższa. Nawet nie wiem, jak je skategoryzować. Części jestem świadoma, o niektórych trudno mi się przyznać nawet sama przed sobą, a z innych pewnie nie zdaję sobie sprawy, dopóki ktoś inny mi ich nie uświadomi. Łączy je wspólny mianownik – rezygnacja z działania. Kusi mnie, żeby się karcić i nazywać uległą, wadliwą i poddającą się słabościom. Ale hej, jeśli zdaję sobie sprawę z konsekwencji ulegania strachowi i biorę je na klatę, to co w tym złego?

Wydaje mi się, że się z nim oswoiłam. Mogę udawać, że nie istnieje, ale wiem, że jest i będzie. Znienacka wyskoczy i mnie zaskoczy, na przykład każe myśleć o nieprzewidywalnej przyszłości, chorobach, starości, utracie i potencjalnych katastrofach. Jest dobrze, dopóki mam wybór, co z nim robię. Ale najbardziej ze wszystkiego boję się, że ze strachu kiedyś nie będę umiała podjąć decyzji, czy go słuchać. Do skręconego żołądka i trzęsących rąk dołączy ociężała głowa. Wtedy zakopię się z nim jak na piaszczystej drodze i nie będę mogła ruszyć już w żadną stronę,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.