Produktywność bliska zeru

Z dzieciństwa pamiętam bajkę o mrówce i koniku polnym. Latem pilna i pracowita mrówka całymi dniami uwijała się, żeby uzbierać zapasy na nadchodzącą zimę. W tym czasie beztroski konik polny, żyjący chwilą, zajmował się śpiewem i nie trudził myśleniem o przyszłości. Gdy nadeszła zima, głodny konik polny poszedł do sąsiadki mrówki i poprosił o pożyczenie czegoś do jedzenia. Ta go spławiła. Koniec bajki. Można zadawać pytania co do postawy moralnej bohaterów, działania zgodnego z własną naturą, międzygatunkowego miłosierdzia czy asertywności mrówki. Lecz ogólny morał z bajki płynie taki:

Oszczędnością i pracą ludzie się bogacą

I jak z takim wzorcami człowiek ma spokojnie odpoczywać? Nigdy nie byłam wzorem pracowitości. Nie lubię stwierdzenia, że na odpoczynek trzeba sobie zasłużyć. Jeśli już się czymś zajmuję, to robię to porządnie, nie znoszę sprawiać pozorów i odsiadywać roboczogodzin na przepalaniu czasu. Fizyczna obecność w pracy uzasadnia ludzkie istnienie w oczach innych, nieważne, czy naprawdę coś się robi, czy wymyśla trik na pozostanie aktywnym na firmowym komunikatorze (nie mogę zapomnieć widoku otwartego pliku excela i leżącej na klawiszu enter małej kłódki, która sprawia, że komórki w pliku przeskakują w nieskończoność). Nie uważam, że czas spędzony w pracy nadaje mi większą wartość i jest ważniejszy od odpoczynku. Może wynika to z faktu, że nigdy nie wiedziałam, kim zostanę, jak dorosnę. Nie miałam swojego wymarzonego zawodu. Nie wykonuję czegoś, co mnie żywo interesuje, angażuje, oprócz pieniędzy daje „coś więcej”. Dlatego cenię czas spędzany na czymś innym, niż praca i trudno było pogodzić mi się z tym, że musi być on sztywno ułożony pod jej dyktando. W głębi duszy jestem tym konikiem. Czuję presję, że powinnam działać inaczej i ze strachem czekam na zimę – karę za niechęć do ciągłego zapierdolu i gloryfikowania pracy.

Zdrowie jest najważniejsze, ale może weź już się do pracy

To uczucie nie mija nawet wtedy, gdy ma się mocne papiery wskazujące na niezdolność do pracy. Pójście na zwolnienie lekarskie często wiąże się z poczuciem winy i strachem przed zwolnieniem. Tak właśnie się czułam z perspektywą kilku miesięcy spędzonych na leczeniu. Pytania, kiedy wrócę do aktywności zawodowej, tylko napędzały presję i musiałam sama się przekonywać, że przecież nikogo nie oszukuję i mam prawo do życia na świadczeniach ZUS-u, skoro wymaga tego sytuacja.

Zdarzało mi się też słyszeć, że ktoś mi zazdrości tego czasu wolnego od pracy. I o ile na początku mogłam to zrozumieć, wszak taka okazja zajmowania się tylko i wyłącznie sobą nie zdarza się w dorosłym życiu przed emeryturą, to teraz zmieniłam zdanie. Serio, takie słowa kieruje się do kulejącej laski, wydającej kilkaset złotych w tygodniu na rehabilitację, z ciągłym, większym lub mniejszym bólem kolana? Jeśli tak uważasz, to myślę, że masz problem, potrzebujesz dłuższego urlopu lub jesteś blisko wypalenia zawodowego.

Kilka miesięcy zwolnienia zmieniło się w kilkanaście. Już od roku nie jestem produktywna. Moje istnienie nie przynosi nikomu żadnych biznesowych korzyści. W związku z tym nasuwa się kolejne pytanie.

To co ty robisz całymi dniami, jak nie pracujesz?

Wreszcie mogę odnaleźć swój wewnętrzny rytm. Budzi mnie śpiew ptaków. Mam czas na rozgrzewające ćwiczenia i medytację. Codziennie jem śniadania. Siadam z kubkiem starannie zaparzonej kawy i zagłębiam w lekturze. Potem udaję się na serię zabiegów rehabilitacyjnych, powolnie spacerując i podziwiając okolicę. W drodze powrotnej robię zakupy na obiad. Przygotowuję go przy dźwiękach niemieckojęzycznego podkastu. Potem czas na sjestę, kładę się na macie do akupunktury i słucham relaksującej muzyki. Po południu wreszcie mam chwilę na kreatywność – czytam, piszę, maluję, dziergam, szyję, lepię, wyplatam makramy, szukam kolejnych zainteresowań, gram na pianinie, na ukulele, w szachy. Ciągle ćwiczę umysł, żeby nie zardzewiał. Spotykam się ze znajomymi, chodzę do kina, na wystawy, spacery. Wieczorem czas na jogę, jakiś film lub lekturę przed snem. Dzień kończę z lekkim uśmiechem, spokojna, zrelaksowana i z poczuciem dobrze spędzonego czasu.

Brzmi jak bzdura? Bo nią jest. Owszem, na początku chciałam wycisnąć dany mi czas do ostatniej minuty. Minęło mi. Nie ma odpowiedzi na to pytanie. Gdy je słyszę, sprytnie mówię, że robię to samo, co ty w domu po pracy, tylko trochę dłużej. Umiesz powiedzieć, co ty robisz?

Trzeba mieć odwagę przyznać, że nie robi się nic specjalnego. Spędza czas na nałogowym podglądaniu wirtualnego życia obcych ludzi. Całymi dniami ogląda seriale. Leży. Angażuje w coś zupełnie bez sensu, co innym wydaje się marnowaniem czasu. Uważam, że to absolutnie w porządku, jeśli tego się oczekuje od życia pozapracowego. Daleko mi do wyznawania filozofii ciągłego i obowiązkowego wzrastania.

Nie muszę się mierzyć z codziennym wstawaniem i chodzeniem do roboty, więc wydaje się. że główny powód do narzekań znikł. Zaskoczyło mnie, jak inne zmartwienia i problemy wpływają na chęć do działania. Nie spodziewałam się, że aż tydzień spędzę na dochodzeniu do siebie operacji, będę tylko spać, otumaniona lekami, budzona przez ból brzucha, nogi i nie przeczytam wtedy ani jednej strony ze stosu książek. Że po 6 tygodniach w łóżku kondycja spada tak, że zwykły spacer męczy i wymaga odpoczynku. Że rehabilitacja boli i po niej już wszystkiego się odechciewa. Że będzie męczyć niepewność co do efektów, ciągnąca się miesiącami. Że załamie informacja, że wszystko było na marne i trzeba zacząć od nowa. Jeśli czegoś się nauczyłam, to jak dla codziennego, zwykłego funkcjonowania ważna jest kondycja fizyczna i psychiczna.

Ale uczciwie muszę też dodać, że zbyt dużo czasu wolnego rozkłada mnie na łopatki i sprawia, że mam ruchy i refleks leniwca. Za dużo zastanawiam się, co z nim zrobić, zamiast robić. Ze wszystkim można przesadzić. Czasem śnię, że mam pełen kalendarz i odhaczam listę zadań, jedno pod drugim, aż do końca. A potem spada na mnie brokat i nie idę do piekła dla leniwych ludzi.

Zauważyłam, że zdecydowanie lepiej czuję się, gdy robię „coś” i życie pozapracowe chociaż trochę wychodzi poza zastyganie w bezruchu. Dlatego uczę się spędzać czas w dobry dla mnie sposób i szukam swoich sposobów na rozkręcenie się. Większość rad dawanych w odpowiedzi na pytanie „jestem leniwą bułą jak to zmienić” się nie sprawdza. Są za trudne. Muszę zaczynać od niższego poziomu, który pomoże mi zmienić moje automatyczne ustawienie do działania „nie chce mi się, czy da się to przesunąć na później?”. Oszukiwanie swojego umysłu, który nie chce współpracować przy wprowadzaniu zmian i sprawnie wymyśla wymówki jest trudniejsze niż sprawianie pozorów w pracy. Ale mam już pierwsze sukcesy, których nie zauważa nikt oprócz mnie. Są drobne, w ogóle nie rewolucyjne i nie do pochwalenia się w towarzystwie. Jeśli koniecznie chcecie wiedzieć, to dobra, powiem. Osiągnęłam je w prostej grze w wyrobianie nawyków kształtujących ważną dla mnie, wspomnianą kondycję fizyczną i psychiczną. Polega na dawaniu punktów i nagród. Działałaby na czterolatka, działa też na trzydziestoczterolatkę. Brzmi żenująco? Nieważne, u mnie działa. Pewnie nie sprawi, że przekształcę się w mrówkę, zacznę realizować dużo ważnych rzeczy i stanę się demonem produktywności o każdej porze dnia i nocy, ale pomoże mi radośniej śpiewać zimą i latem, tak jak lubię.

1 myśl na “Produktywność bliska zeru”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.