Puszczać się czy się nie puszczać?

Oto jest pytanie, które prędzej czy później zadaje sobie dziewczyna. Tak, dziewczyna, zawężam temat, bo umówmy się, chłopiec w okresie dojrzewania i później na pewno przechodzi przez różne trudności, ale jednak może robić co chce, a i tak nikt nie nazwie puszczalskim, rozwiązłym, brudną szklanką, zużytą gumą czy z drugiej strony – niedojebanym i nieruchalnym cnotkiem niewydymkiem. To dziewczyna prowadzi się albo dobrze, albo źle, a jej moralność jest sprawą wagi ciężkiej dla niej samej, dla rodziny, społeczeństwa i wręcz losów świata. To, jak i do czego może używać genitaliów staje się dużym polem do zawstydzania.

Jeśli o mnie chodzi, to długo nie musiałam sobie zadawać tego pytania. Byłam cicha, nieśmiała, ogólnie „nieruchawa” (nie mylić z „nieruchalna”) i niezainteresowana ludźmi, więc zbliżenie się do kogoś było dla mnie abstrakcyjne. Temat był gdzieś obok, poza mną, jakby mnie nie dotyczył. Bardzo krępowała mnie gra karciana „flirt towarzyski” i gra w butelkę na całowanie. Nie wydawałoby mi się to wszystko dziwne, gdyby nie powtarzające się, najgorsze pytanie czasu młodzieńczego – „a masz chłopaka?” Latami odpowiadałam, że nie i w końcu stało się ono niewygodne, wiedziałam, że padnie, gdy spotkam dawną koleżankę ze szkoły, a w powietrzu wisiały niewypowiedziane (przy mnie) komentarze – „co z nią jest nie tak”, „pewnie lesba”, „nikt jej nie chce”.

Denerwowało mnie to pytanie, bo nie dostawałam po nim nic oprócz tego poczucia dziwności. Nikt z pytających nie interesował się, czy może ja tak w ogóle chcę być sama. Nie przyszło mi do głowy z ciekawości i z marszu wypytywać kogokolwiek, jak mu się układa w związku, nie interesuje mnie i nie jest to moja sprawa. Cieszę się, że nie przyszło mi do głowy robić coś na siłę, bo tak wypada i w końcu inaczej poprowadzić tę krępującą rozmowę. Dziś mogę się już spokojnie określać starą panną i jest mi z tym dobrze.

Biorąc pod uwagę moje predyspozycje i zewnętrzne okoliczności, bardzo trudno było mi się przełamać i zacząć się wreszcie puszczać.

W latach 90., czyli gdy mój młody umysł chłonął wiedzę, z jednej strony królował katolicki, wypaczony i przejaskrawiony przekaz, a z drugiej „Bravo Girl”; gdzieś pomiędzy nimi odbywały się nijakie, odbębnione lekcje Wychowania do Życia w Rodzinie. Wszędzie informacje podawane były w sposób niestrawny. Wciąż jestem wkurwiona, że jako nastolatka nie miałam dostępu do wiedzy o seksualności człowieka. Wiedzy naukowej, a nie metafor, opinii, ideologii, wokół których buduje się albo tabu, albo wulgarność. Chore jest, że to wciąż tak funkcjonuje, a wiedzę rozpowszechniają twórcy internetowi, którzy neutralnie, rzeczowo i przede wszystkim bez wzbudzania wstydu ją normalizują. Jest mi żal, bo wiem, że trzeba dużo czasu i energii, żeby wyjść z fizyczno-emocjonalnego kalectwa, zbudowanego na błędnych przekonaniach.

Ręce na początku trzęsły mi się tak samo, nieważne, czy kupowałam tampony, czy prezerwatywy. I jedno, i drugie wstydziłam się wrzucić do koszyka. Długo nie chodziłam do ginekologa i nie badałam się. Bałam się, że zostanę oceniona (niezależnie od tego, co zrobiłam), że lekarz odmówi mi rzetelnej porady lub potraktuje z góry. Nikt mnie nie nauczył, że mam prawo krzyczeć, jeśli ktoś robi mi krzywdę albo czuję się w niebezpieczeństwie. Wierzyłam, że odpowiedzialność za to, co mi się trafi, leży po mojej stronie i zależy od pilnowania długości mojej spódnicy i drinka.

To tylko początek listy zachowań, które mnie uwierały, a jeszcze nawet nie doszliśmy do TEN TEGES. W ogóle nie czuję się na siłach, żeby opisywać coś dalej, wciąż siedzi we mnie przekonanie, że to tabu, nawet w rozmowach z przyjaciółmi. Dużo pękło we mnie, gdy kobiety z czarnymi parasolkami wyszły na ulicę po raz pierwszy. Nie oceniam, czy stało się to późno czy wcześnie, wiem, że przede mną dalszy ciąg przestawiania rzeczy w głowie. Nie umiem powiedzieć, że przestałam się wstydzić. Mówienie o tematach sercowych i łóżkowych przychodzi mi trudno, odkrywam jakieś dziwne luki i rany, które może do wesela się zagoją (wink wink). Ciąg dalszy nastąpi?

1 myśl na “Puszczać się czy się nie puszczać?”

  1. Ja sobie oststnio przy okazji wyprowadzki z Hożej zrobiłam wspominki i wyszło mi że cztery lata miedzy wyprowadzką z rodzinnego domu a wprowadzką do chłopa (a bardziej szczegółowo – te półtora roku singielstwa między tymi datami) to był piękny okres wolności seksualnej kiedy nikt krzywo nie patrzył na to kto rano wychodzi z mojego pokoju (a wychodzili różni panowie) i czy jem na śniadanie czipsy leżąc w łóżku na golasa i oglądając Grę o Tron (leżałam, oglądałam i jadłam). Piękne, bezwstydne czasy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.