Święta trójca osobowości

  • wstyd

– Powiedz coś o sobie.
– Jestem małomówna, nieśmiała i introwertyczna.
Tak dzisiaj poprowadziłabym tę rozmowę. Ale w swojej młodszej wersji nie znałam wszystkich tych słów i nie zdawałam sobie do końca sprawy z ich znaczenia. Mimo to dawały mi przez długi, długi czas niejasne poczucie, że jestem jakaś dziwna.

Jedno z moich wspomnień z dzieciństwa to taki rozmazany obraz, że jestem na weselu i patrzy się na mnie jakieś dziecko. Mama mówi „idź się pobaw z dziewczynką”, a ja nie chcę. W kilkuletniej głowie nie mieści się, że mogę bawić się z obcą laską, uważam to wręcz za absurdalny pomysł. Mój opór nie spotyka się ze zrozumieniem – „jak to nie chcesz?”, pyta mama, co komentuje starsza siostra „daj jej spokój, nie chce, to nie.” Ten układ sił do dziś specjalnie się nie zmienił. Wciąż mam opory przed poznawaniem nowych ludzi, mama mnie nie rozumie, a siostra broni.

Chodzę do liceum, gdzie zamiast ocen zdobywa się punkty. Na każdym przedmiocie na początku trymestru (tak, mamy rok szkolny podzielony na trymestry) nauczyciel przedstawia punktację. Od samego początku wiem, których punktów nie zdobędę. Z aktywności. Zwykle trzeba zgłaszać się do odpowiedzi i włączać w dyskusję. Nie żeby mi się nie chciało, nawet nigdy nad tym się nie zastanawiałam. Aktywność na lekcji wydaje mi się czymś strasznym i nie do przeskoczenia. Podczas zajęć z historii z prof. Musiałem (ogólnie historia u Musiała budziła wśród pierwszoklasistów popłoch -mówił coś o myśleniu przyczynowo-skutkowym, a nie uczeniu się dat) pada pytanie, na które znam odpowiedź. Toczę wewnętrzną walkę. Sama świadomość, że mogę się zgłosić, wywołuje nagły ból brzucha. Robi mi się gorąco, serce dudni, ręce drżą, chyba nawet się czerwienię i już mi jest z tego powodu na maksa głupio. Cisza w sali boleśnie się przeciąga, a ja wiem, że mogę ją przerwać. Zbieram się w sobie i próbuję poruszyć, już zaraz uniosę rękę… wtedy odzywa się ktoś inny, podaje moją odpowiedź, oczywiście jest dobra i rozlegają się fanfary. Mam czas, żeby wrócić do siebie i przełknąć gorycz, że znów mi się nie udało.

Siedzę w knajpie i piję piwo. W tle chyba lecą szanty, ale czego innego można się spodziewać w „Starym Porcie”? Mam tu oswojoną studencką grupkę znajomych. Jeśli któregoś wieczoru pojawia się w niej ktoś nowy, nieznany i nagle zwraca na mnie uwagę, to mogę być pewna, że zaraz powie „a co ty się nie odzywasz”. Ewentualnie: „A co taka smutna siedzisz?” Prawie krztuszę się piwem, bo budzi się we mnie popłoch. Nie umiem znaleźć dobrej odpowiedzi na takie pytanie. Nie jestem smutna, taką mam twarz, nie chce mi się gadać – cokolwiek w tym stylu brzmi jak marne tłumaczenie. Czuję, że muszę się tłumaczyć z tego, że się nie odzywam, bo jeszcze ktoś (uwaga) poczuje się urażony moim milczeniem. Już zawsze, gdy znajduję się w grupie i za długo milczę, będę się zastanawiać, czy znowu ktoś się przyczepi.

Wchodzę do pracy, mam przemaszerować przez open space, żeby podpisać listę obecności i pójść na swoje miejsce. Przy wejściu mówię „cześć”, mam nadzieję, że wystarczająco głośno. Idę i staram zachowywać się normalnie, ale myślę sobie, że pewnie witam się za cicho, że wychodzę na gbura, że za mało się uśmiecham, że nie powinnam pochylać głowy i patrzeć w ziemię, tylko na mijanych ludzi i nie wiem, machać dłonią jak królowa angielska czy zagadywać. Dzień w dzień, gdy myślę o wejściu do biura pełnego ludzi, robi mi się słabo.

– Zjemy pizzę?
– Tak, ale ja nie dzwonię.
– Czemu?
– Bo nie chcę.
– To ja też nie dzwonię.
– No to nie jemy.

-„a teraz każdy w grupie przedstawi się i powie o sobie kilka słów.”
-„a teraz pracujemy w parach”
-„podzielcie się na grupy, weźcie kartki i mazaki, zrobimy burzę mózgów”
Zawsze przy tych słowach czułam kłucie w brzuchu, chciałam przewrócić oczami i powiedzieć, że ja nie, dziękuję. Ale musiałabym się odezwać, więc po prostu cicho się wycofywałam z tych aktywności. Nie umiałam się zaangażować w zadanie, bo tylko myślałam, że coś jest ze mną nie tak.

„bo ty nigdy nic nie mówisz o sobie”
„ona mi przecież nic nie mówi”
Nie przeczę. Próbuję wyjść z siebie i zacząć opowiadać o sobie, ale ciężko się to robi w obliczu wyrzutów czy obrażania się. To nigdy nie jest w kogoś wymierzone, nie wynika z braku zaufania. Po prostu jeśli nie mówię, to znaczy że nie chcę i nie czuję takiej potrzeby. Bardziej lubię odpowiadać na pytania.

Przełom

Czeka mnie długa jazda samochodem z człowiekiem, którego ledwo co poznałam w pracy. Jestem przerażona, bo trzeba będzie gadać. Pocieszam się, że przez 9 godzin chyba nikt nie jest w stanie aktywnie uczestniczyć w rozmowie. W aucie staram się, naprawdę staram się rozmawiać, pytać, zagajać, kiwać głową. Owszem, zdarzają się momenty ciszy, pod koniec nawet niemej rozpaczy, gdy stoimy w korku na niemieckiej, remontowanej autostradzie. Ale na sam koniec przybijam sama sobie piątkę, w mojej opinii dałam z siebie wszystko. Dopiero 2 tygodnie po powrocie słyszę „Ola, przed podróżą bałem się, że będziesz za dużo gadać. Wszystkie słowa, które padły w trakcie drogi, zmieściłyby się na kartce A4, ale były tak celne i w punkt, że więcej nie trzeba. ” Nie zgadzam się, bo zapełniłabym co najmniej półtorej strony. Ale w głębi duszy cieszę się, bo pierwszy raz w życiu usłyszałam w końcu od obcego człowieka coś, co już podejrzewałam od dawna – że jest ze mną wszystko w porządku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.