Tak zwiedzam świat

Przez dwa ostatnie dni ustawiałam nowy motyw bloga. Po godzinach ślęczenia i pokazaniu go dostałam opieprz, że jest za elegancki, za ładny i że niby nie pasuje do treści. Zaczęłam więc wszystko od nowa i naprawdę nie mam już siły się literacko wysilać. Dlatego dziś krótko i treściwie, ale za to z fotorelacją.

W zeszłym tygodniu byłam na Majorce. Wyjazd zaplanowany w listopadzie z zamysłem „jedźmy w marcu, to pozwoli nam przeżyć zimę” był strzałem w dziesiątkę. Zapomniałam już o tym, że są takie miejsca na ziemi, gdzie można chodzić w spódnicy, oglądać takie kolory jak niebieski, zielony, czerwony i mrużyć oczy od słońca.

Idiota za granicą

Poza zarezerwowaniem hostelu, wstępnym rozpoznaniu terenu i zebraniem podstawowych informacji od znajomych nie zrobiłyśmy nic, żeby się przygotować do wyjazdu. Moja wiedza o miejscu docelowym nie sięgała dalej poza to, że jest taka piosenka z lat 90. „Majorka, extazyemoszyn”. I co, i nie da się? Oczywiście że się da.
Najbardziej pomogła nam recepcjonistka w hostelu, która najpierw zdarła ze mnie dodatkowe 10 euro ze względu na wiek (hostele tam są przeznaczone głównie dla osób DO 30 LAT; starsi muszą wykupić międzynarodową kartę starego hostelowicza), ale potem sprzedała cały pakiet informacji lokalsa. Już wiedziałyśmy, gdzie zjeść najlepszą paellę, wypożyczyć rower, zobaczyć najładniejszą plażę i po co iść na targ rybny, nawet gdy nie chcemy kupić ryb (dobre tapas w porze lunchu).

Los sam też nam sprzyjał, bo w dniu przyjazdu w Palmie – stolicy wyspy – odbywała się wielka uliczna fiesta, prawie jak w Rio de Janeiro. Czemu? Proste, była to ostatnia niedziela karnawału i właśnie wtedy odbywa się Su Rialta – impreza, gdy wszyscy chętni się przebierają i idą (tańcząc) w ulicznej paradzie. Można było zaobserwować w tym dużo luzu, radości i frajdy większej nawet u dorosłych, niż u dzieci. Nawet jeśli są przebrani za tańczące synchronicznie papugi.

Kolejne dni to już tylko aktywne bimbanie, odpowiadanie sobie powracające pytanie „co dzisiaj jemy” i bujanie głową w rytm reggaetonu z samochodowego radia. Tak więc jeśli ktoś ma ochotę zwiedzać świat metodą leniwca, to ja polecam ten kierunek. Trzeba się tylko przygotować na to, że czasem ktoś weźmie nas za niemieckich turystów i może powiedzieć coś w ich języku.

Co można robić na Majorce?

Czekać, aż Julio otworzy swój restaurant bar po cholernej sieście i próbować rozszyfrować menu del dia.

Jeździć rowerem po naprawdę ładnej i długiej promenadzie w Palmie.


Pozować przy zardzewiałych barierkach i z melancholią patrzeć na krajobraz miasta.

To jest krajobraz miasta.

Jeść tapas w miejscu, które się nazywa Concept Tapas i mówią tam po niemiecku.

Pić sangrię w porcie.

Zwiedzać Smocze Jaskinie, które są jedną z większych atrakcji wyspy i robią całkiem spore wrażenie.

Tak spore, że wychodzi się stamtąd z 50 nacykanymi w amoku zdjęciami, ale litościwie wrzucam tylko jedno.

Jako świeżo nawrócona #crazyplantlady zachwycać się kwiatkami.

I przeżyć szok, że najbardziej hipsterska i instagramowa roślina – monstera – rośnie sobie tam o tak na ulicy!!!

Jednak najbardziej zapadnie mi w serce to, że w ramach zakupu lokalnych wyrobów poszłyśmy do Zary i za cenę dwóch obiadów kupiłam sobie idealne spodnie, których już nie zdejmę do końca życia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.