We wrześniu o majówce, która zaczęła się w kwietniu

Jeśli chodzi o wycieczki, to najbardziej lubię te poza granice Unii Europejskiej. Emocje zaczynają się już od rosnącej adrenaliny przy kontroli paszportowej – czy funkcjonariusz straży granicznej uzna, że ta rozciągnięta i rozjechana gęba na zdjęciu w paszporcie to ta sama, co w prezentowana w 3D? Dlatego na wszelki wypadek staram się robić tą samą morderczą minę i lekko zezować. Manewr się póki co udaje, skutkuje wbiciem pieczątki i otwarciem bramek do nieznanego świata.

Co więcej, od jakiegoś czasu ciesząc się darmowym roamingiem danych można zapomnieć, że istnieją takie miejsca na świecie, gdzie internet na żądanie nie jest dostępny. A ponieważ granice mojego świata wyznacza dostęp do sieci, to znalezienie się nagle na ziemi, gdzie za to podstawowe dobro płaci się jak za zboże, wywołuje całą gamę emocji – od zagubienia, przez bezradność i panikę, po euforię przy znalezieniu dostępu do WiFi i gorączkowe wykrzykiwanie „jakie jest hasło?? Wielkie czy małe litery?? To jest O czy 0??”

I takie emocje można odnaleźć całkiem niedaleko, bo wystarczy udać się na południe Europy, trochę przelecieć i wylądować w Sarajewie. Udałam się tam zaopatrzona m.in. w listę punktów widokowych, z których najlepiej obserwuje się miasto skąpane w promieniach, a zachody słońca są ponoć malownicze i niezapomniane. I co? Lało. Przez trzy dni. Żaden, ale to żaden bloger nie pokaże Wam Sarajewa w deszczu i nie powie, co i gdzie robić w tym czasie. Oprócz mnie. Sarajewo w deszczu wygląda tak:

A gdy pada, to najlepiej iść gdzieś, gdzie nie pada i pić rakiję dla zabicia czasu i wyrzutów sumienia, że się nie zwiedza. Rakija bar, w którym można palić, ale nie wolno strzelać, jest dobrym tropem.

Ale byłoby krzywdzące dla tego miasta, gdybym nie miała innych wrażeń. Tu trzeba przybrać poważny ton. Nie zagłębiając się nawet w historię, widać jej ślady od pierwszego wejrzenia. Ślady po kulach na budynkach, sarajewskie róże w chodnikach i liczne cmentarze umiejscowione na wzgórzach otaczających miasto przypominają o niedawnej wojnie. Wojnie, która wciąż jest w pamięci mijanych ludzi, a nie tylko opisywana w podręcznikach. To zwyczajnie i ludzko porusza – krótko mówiąc.

Co więcej, po przyjeździe można przeżyć mini szok kulturowy, bo mieszkając na co dzień w Polsce nie ogląda się meczetów, nie spotyka muzułmanów. Dzielnica, w której trudno kupić alkohol, to też niespotykana sprawa. Z kolei jeśli chodzi o język – prosty temat. Mówiąc łamanym polskim i dodając „u” do każdego wyrazu, jest szansa się dogadać (np. zwrot „czaszu winu proszu” działa).

Kolejnym przystankiem był Mostar. Mieścina położona w górach, przecięta rzeką Neretwa i znana z malowniczego krajobrazu z mostkiem. Bardzo ładna, bardzo turystyczna, bardzo fotogeniczna.

Powiem Wam tylko, że chodząc po kamieniorach przy tym mostku należy uważać, szczególnie jeśli są śliskie, bo lało. Rymnięcie o nie dupą tak, że aż zatrzęsła się ziemia, to nic miłego.

Ale nie skończyło się dla mnie na jednej wywrotce. Szukając wytchnienia bliżej natury, a dalej od tłumów, znaleźliśmy przyjemne miejsce nad wodą do posiedzenia i pogapienia się w bystry nurt. Nogi nawet można było pomoczyć, wiec niewiele myśląc, zdjęłam buty i zaczęłam iść ku brzegowi. Jak się okazało, tor jest z przeszkodami. Już po pierwszym kroku zrobiłam wdzięczny szpagat z przyklękiem na kolano i w tej samej chwili usłyszałam „uważaj, tam jest ślisko”. Mhm, widzę, dzięki za ostrzeżenie, teraz mi lepiej powiedzcie, jak zmyć z siebie szlam.

Mimo tych przeciwności losu uznaliśmy, że siedzenie nad wodą i moczenie nóg w lodowatej rzece jest lepsze, niż obijanie się co chwilę o wycieczki (w dużej mierze z Polski, o zgrozo). Kolejnego dnia udaliśmy się w inne miejsce, już o bardziej stabilnej dla mnie powierzchni, zaopatrzeni w wino, pite prosto z butelki, jak za dawnych, beztroskich czasów. Od pewnego momentu mieliśmy towarzystwo – dołączył do nas starszy pan lokals, który przyszedł złowić rybkę na kolację. Staraliśmy się być cicho, co było skuteczne – przyszła kolacja złapała przynętę i zaczęła szarpać wędkę. Po chwili w rękach wędkarza widać było całkiem sporą rybę.

Pan postanowił ją dobić o znajdujące się niedaleko nas spore kamienie. Przełykając nerwowo ślinę i myśląc „halo, jaki jest numer na Greenpeace, widzę krew, czemu ktoś to robi na moich oczach??” odsunęłam się nieco i nabrałam rezerwy. Pan wędkarz był z kolei zadowolony z siebie i postanowił nas zagadać. Mieszając angielski, niemiecki, bośniacki, polski i kto wie co jeszcze zostało ustalone, że Mostar jest piękny, Bośnia jest piękna, Lewandowski jest super, a rakija z piersiówki jest lepsza niż wino z butelki. Pan zahaczył też o temat wojny i gdy zanurzał się we wspomnieniach, momentalnie zmienił się wyraz jego twarzy. Wojna jest głupia, koniec dyskusji.

Gdy przyszło do patroszenia ryby, postanowiliśmy się uprzejmie pożegnać i czym prędzej ulotnić. Ja jeszcze na odchodne szybko wypowiedziałam w myślach życzenie, że chciałabym żeby widok tej ryby tłuczonej o kamienie nad rzeką był najgorszym widokiem, jaki kiedykolwiek przyjdzie mi zobaczyć. Niech to będzie najgorsze wspomnienie.

Z Mostaru jedziemy dalej – do Neum. Kto z Was zdawał sobie sprawę, że Bośnia ma dostęp do morza? No ma. 20 kilometrowe wybrzeże. Ktoś wymyślił, że trzeba je zobaczyć. Żeby tam dojechać busem z Mostaru, trzeba przekroczyć granicę z Chorwacją. Dwa razy. I należy szybko wysiadać, bo chwila zagapienia skutkuje tym, że można dotrzeć po raz trzeci do granicy. Według naszego hosta w Neum poza sezonem mieszka 2 tys. osób, ale gdy świeci słońce, to jest tam jak w Kalifornii. Cóż, wierzę na słowo. Jednego dnia warunki nie były sprzyjające, ale współtowarzysze zdecydowali się na kąpiel w morzu i zyskali szacunek niedobitków na wybrzeżu. Drugiego lało, co wykorzystałam jako pretekst do obserwowania świata jedynie przez okno. Trzeciego, czyli w dzień wyjazdu, rozpogodziło się i rzeczywiście było całkiem przyjemnie.

Jeśli dotychczas coś przebąkiwałam o deszczu, to pogoda w Splicie przeszła samą siebie. Polegaliśmy na norweskiej prognozie pogody i polegliśmy; rozważamy napisanie do nich reklamacji, bo kto widział aż tak przestrzelić. Chcąc nie chcąc, zwiedzanie kurcgalopkiem przez 45 minut musi na razie wystarczyć – port, pałac, coś tam Gra o tron, targ, dobra idźmy stąd bo deszcz zalewa mi oczy. Nie byłam specjalnie zadowolona.

Ostatnim przystankiem był Zadar i tu los stał się dla nas łaskawszy. Odbyłam honorową kąpiel, wyciągnęłam nawet letnie, czyste ciuchy i tylko lekko szczekając zębami obejrzałam, co było do obejrzenia, dojadłam, co było do wyjedzenia i wypiłam niedopite. Wszystko to sprawiło, że pożegnałam się z Chorwacją już nieco bardziej pogodna i skłonna do powrotu w lepszych okolicznościach przyrody.

Siedząc już na lotnisku w strefie Polaka i czekając na lot powrotny uznałam, że cokolwiek się nie działo, wystarczy już wałkonienia się i na liście słów zakazanych znalazły się zwroty: burek, papryczki chilli, banieczka. Projekty, na których planuję się skupić: zbilansowane posiłki, praca, nauka, multisport, kasza jaglana, zielone koktajle, wyjście z biedy, resocjalizacja.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.