Jak korzystać z windy bez uszczerbku na zdrowiu

Dzisiejsza historia zacznie się od mocnego żartu na wstępie. Trafiłam do pracy, w której ceni się punktualność. Zabawne, nie? Chcąc nie chcąc, dostosowuję się do zasad tej gry, w której jeśli mam zacząć o 9.00, to znaczy, ze o 9.00 siedzę przy biurku i jestem zalogowana do wszystkiego, do czego muszę być zalogowana, zwarta, gotowa, zadowolona i pełna energii by znowu budować nowy dzień, nowy nowy dzień. No no, żartuję, oczywiście nikogo interesuje, czy jestem szczęśliwa i zmotywowana, po prostu mam tam być siedzieć o czasie.

Na wygraną składa się wiele różnych elementów. Niektóre są oczywiste, jak wstanie zaraz po budziku, umycie włosów już wieczorem, sprawne wyjście z domu, żeby nie pędzić na tramwaj. Niektóre z nich są drobne i wydaje się, że nie mają bezpośredniego związku ze sprawą, a jednak są kluczowe. Do tych działań należy np. zdejmowanie skarpetek z prania kilka dni wcześniej i podjęta podświadomie decyzja, że wrzucę je po prostu o tak do szafy, bo nie chce mi się ich teraz układać parami. W konsekwencji później bladym świtem grzebię w tej stercie, nie mogę znaleźć pary ani nic, co ją przypomina, wpadam w rozpacz, bo cała koncepcja stylizacji się wali i decyduję, że może jednak ubiorę rajstopy, do rajstop spódnicę, a do spódnicy zupełnie inną bluzkę, którą najlepiej byłoby jeszcze wyprasować. Zegar tyka, do podjęcia jest cały szereg decyzji, a moje szanse na wygraną w punktualność maleją.

Ale nawet wtedy, gdy zadbam o wszystkie drobne elementy i wydaje się, że tego dnia wmaszeruję do biura z miną zwycięzcy i w dwóch takich samych skarpetkach, to jest jeszcze do pokonania jedna trudność, na którą nie mam wpływu. Na samym finiszu ustawiono przeszkodę o nazwie winda.

Wjechanie na ósme, ostatnie piętro biurowca w godzinach szczytu to walka, która wymaga taktycznych przygotowań. Zaczynam tuż za obrotowymi drzwiami, gdy szukam w torbie identyfikatora do przejścia przez bramki, Już wtedy zerkam w stronę wind i staram się oszacować liczbę osób względem ilości wind. Do dyspozycji są cztery windy, ludzi stoi zwykle tłum. Strategie są różne, albo wsiada się do tej, która przyjedzie pierwsza, razem z całym tym tłumem. Czasem czeka się, aż ta ludzka fala odpłynie i wsiada do kolejnej, w nieco mniejszym ścisku. Czasem można się przeliczyć czekając, bo przez bramki nadejdą kolejne osoby; wtedy nie ma ucieczki przed koszmarem.

Chwila nieuwagi i pomyłka w szacunkach skutkuje fatalnymi konsekwencjami. I tak pewnego dnia wraz z innymi nieświadomymi wsiadłam do windy, która zamiast pojechać do góry zjechała w dół. Wymknęło mi się przekleństwo, bo wiedziałam, że nie ma już ucieczki przed piekłem. Winda zjechała na poziom -2, gdzie wsiadają ludzie zmotoryzowani. Zrobiło się wtedy już lekko ciasno, ale wciąż tak, że można się poruszać. Następny przystanek – ponownie poziom zero. Tutaj drzwi rozsuwają się i patrzy na nas kilkanaście par oczu, które stoją przed pytaniem – wsiadać, czy nie wsiadać? Ludzie w środku stoją nieruchomo i jakoś nikt nie zdobywa się na wciśnięcie guzika, który zamyka drzwi. Wśród ludzi poza windą widać lekkie wahanie, mikroruchy, zwątpienie, wreszcze akcję. Ktoś zdecydował się wsiąść, a za nim kolejny człowiek, i kolejny. Tłum zacieśnia się, robi się goręcej, ciśnienie wzrasta. Wygląda na to, że to już wszyscy, bo drzwi zamykają się. Ale ja wiem, że to jest najgorszy moment, bo wtedy jeszcze ktoś na zewnątrz szybciutko przechodzi przez te bramki i wciśnie guzik. Kretyński system sterujący windami nie wyczuwa, że w tej jednej konkretnej windzie są już sfrustrowani ludzie, którzy bardzo chcą pojechać do góry. Nie wyśle do tej jednej osoby kolejnej z czterech wind. Nie. Drzwi ponownie się rozsuwają, jeszcze dopycha się ta jedna, a jednak dwie, no dobrze, trzy osoby.

Wciąż jesteśmy na parterze, a ja mam dość. Widzę, że czeka mnie podróż z przystankiem na każdym piętrze, poszczególne poziomy obwieszcza mechaniczny, pogodny, kobiecy głos. Piętro pierwsze, wysiadają dwie osoby. Mam nadzieję, że znajdzie się dla nich osobne miejsce w piekle. Piętro drugie, nie wysiada nikt, wszyscy obserwują w napięciu daremny ruch automatycznych drzwi. Piętro trzecie, musi wysiąść 5 osób, żeby z głębi przecisnęła się ta jedna osoba, która nie chce jechać dalej. Na czwartym piętrze chcę już wyć. Koło piątego piętra zaczynam się cieszyć, że nie zjadłam śniadania, bo mój żołądek skręca się przy kolejnym ruchu i nagłym zatrzymaniu. Piętro szóste, zyskuję już trochę powietrza, a wraz z nim wdycham spokój i wiem, że wkrótce koniec tej katorgi. Na siódmym piętrze zostaję sama, mam kilka sekund, żeby otrzeć pot z czoła, przygładzić włosy, spojrzeć w lustro i zobaczyć szaleństwo w oczach. Na ósmym piętrze wysiadam, na uginającym się lekko nogach udaje mi się dotrzeć do swojego biurka, wszyscy dookoła się pytają „Ola, co się stało??”, a ja mogę tylko ostatkiem sił wyszeptać ” winda…”.

Kolejnego dnia jestem już mądrzejsza. Już od wejścia do budynku przeprowadzam w głowie skomplikowane obliczenia, ustawiam się w odpowiednim miejscu, przepuszczam może 2 tury jazdy, w odpowiednim momencie wciskam guzik i jest!!! Jadę sama prosto do celu. Tym razem uśmiecham się do swojego odbicia i przybijam w wyobraźni piątkę. Dziś jestem zwycięzcą i towarzyszy mi jedynie zawieszony zapach kurtek, nerwów i potu osób, które jechały przede mną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.