Wrodzona wiotkość więzadeł

Mam pewną przypadłość. Dysponuję pamięcią psychopaty. Na podstawie skojarzeń potrafię odtworzyć niektóre wydarzenia i powiedzieć, co robiłam 8 lipca 2014 roku. Albo 19 grudnia 2017 roku. Stąd bez trudu i bez zaglądania w kalendarz mogę powiedzieć, gdzie byłam rok temu.

Rok temu to wszystko się zaczęło. Sierpień 2018 to powrót, przeprowadzka, nowe życie, nowa ja. Z tej okazji chciałam napisać post podsumowujący. Miał on wyglądać mniej więcej tak:

W pierwszym sezonie obserwowaliśmy, jak bohaterka powraca do miasta, które zna. Energicznie osadza się na nowo. Odnawia stare kontakty, wydeptuje nowe ścieżki. Popełnia te same błędy, ale tym razem mądrzejsza o nabyte doświadczenie, popełnia je z pełną świadomością. Realizuje swoje plany i o dziwo, doprowadza coś do końca. W międzyczasie dostaje trochę po tyłku z różnych stron, co próbuje zrozumieć, rozmasować i iść dalej. Od bibliotek postanawia trzymać się jednak z daleka, bardziej opłaca kupować się jej nowe książki, niż płacić kolejne kary.

Wciąż dowiaduje się o sobie nowych rzeczy. W USG stawu skokowego, które robi po wykręceniu nogi na prostej drodze (a nie była to pierwsza kontuzja w tym sezonie) wyczytuje, że ma wrodzoną wiotkość więzadeł. Zestawienie tych trzech słów niezmiernie ją cieszy, bo nigdy by jej nie przyszło do głowy postawić je razem ze sobą i opisać nimi siebie, a po drugie naprawdę wiele wyjaśnia w jej historii urazów kończyn dolnych (wszystkim życzliwym, którzy radzili przebadać sobie głowę, bohaterka serdecznie dziękuje).

Ma znów szafę wypełnioną ubraniami na 4 pory roku, na 3 kilo więcej i na 5 mniej. Pianino, kiedyś znienawidzone, od pewnego czasu wymarzone i eksplorowane powoli o kolejne brzmienia. Dyskotekową kulę, zawieszoną w oknie, która robi efekt WOW w słoneczny dzień. Zestaw obiadowy na 6 osób, pozostałość po urządzaniu rodzinnych świąt.

Pojawił się w niej pewien rodzaj empatii, który nie pozwala jej już zabijać roślin. Słownik rozszerzył się jej w kolejności alfabetycznej o takie słowa jak: diffenbachia, dracena, monstera, sanseweria, zamiokulkas zamiolistny (!!!), zielistka. Potrafi je przypisać do określonych roślin, a te podtrzymać przy życiu oraz stworzyć im przyjazne do rozwoju otoczenie. Może to po prostu taki wiek, bo podczas spotkań towarzyskich w gronie rówieśników część rozmów dotyczy hodowania pomidorów i rozsadzania bazylii.

Ostatnie miesiące spędzała w biurowcu z ładnym widokiem na miasto, przyzwyczajając się do struktury o potocznej nazwie „korpo”. Sama się na nią zdecydowała i kolejny raz przeżyła koszmar wdrażania. Był to test dla głoszonej filozofii życiowej pt. „ciągły rozwój, wiwat przebranżowienie, uwielbiam się uczyć nowych rzeczy”, umiejętności adaptacji i wiary w siebie. Zdany. Ma jednak wrażenie, że codzienne odbijanie karty przy bramkach wejściowych do budynku odbiera jej trochę duszę. Dlatego trochę oklapła, ale dochodzi już do siebie.

Narzeka. Łatwo popada w niezadowolenie. Daje się ponieść negatywnym myślom. Ma przy tym świadomość, jak błahe i nieważne są ich powody i jednocześnie jest wdzięczna za to, że tylko takie zmartwienia zajmują jej głowę.

Co czeka nas w drugim sezonie? Miejsce akcji pozostaje bez zmian. Bohaterka uległa fizycznej przemianie – wyposażona w lepki krem kreuje co rano kontrolowany nieład na krótkich włosach. Stara się twardo stąpać po ziemi, na ile tylko pozwalają jej te wiotkie więzadła. Ma wrażenie, że dopiero teraz, gdy emocje i entuzjazm opadły, zaczyna się wyzwanie i gra o balans.

No. Tak to mniej więcej miało wyglądać. Miałam jeszcze napisać jeszcze kilka zgrabnych zdań, jakie to to mam plany, pomysły i marzenia. Jednak w międzyczasie odebrałam telefon, po którym rzuca się wszystko i jedzie, który zwiastuje koniec świata, który znam i stawia wszystko pod znakiem zapytania. Jeden wielki znak zapytania.  

2 myśli na “Wrodzona wiotkość więzadeł”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.