Wstyd cielesny

Co widzisz, gdy oglądasz swoje zdjęcia? Bo ja zwykle zauważam, że mimo zamkniętych ust wystaje mi krzywy ząb. Albo roluje się drugi podbródek. Brzuch jest za duży. Garbię się albo gdy siedzę, to mam rozpłaszczone, monstrualne uda. Wiem, że nie jestem jedyna, bo jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś widząc się na zdjęciu, krzyczał z radości. Zawsze do czegoś można się przypierdolić.

Gdy oglądam zdjęcia ze szkoły, widzę normalnie zbudowaną, niczym niewyróżniającą się dziewczynę. Jestem zaskoczona tym, co widzę, bo wciąż pamiętam, co wtedy o sobie myślałam. Już jako dziecko byłam przekonana, że jestem w jakiś sposób ze swoim ciałem nieodpowiednia, czasem wręcz obleśna. Nikt zdawał się tego nie widzieć, ale tylko czekałam na moment, aż ktoś wskaże mnie palcem i w końcu powie to głośno. Spodziewałam się ciosu w każdej chwili. I tylko dziwiłam się, że nigdy nic takiego się nie zadziało.

Nie wiem, kiedy to się zaczęło, czy ktoś bardzo subtelnie zaszczepił we mnie to przekonanie, czy po prostu wdycha się je wraz z powietrzem. Wiedziałam, że powinnam wyglądać inaczej, żeby móc czuć się normalnie i pewnie. Na zdjęciach klasowych z podstawówki widzę, że panowała moda na spodnie biodrówki, krótki bluzki odsłaniające brzuchy i przekłute pępki. Wiedziałam, że mi nie wolno nosić takich rzeczy, bo nie mam ciała, które dobrze – czyli szczupło – w nich wygląda. Przez lata nie ubierałam bluzek na ramiączkach, bo miałam za duże, masywne ramiona. Musiało być naprawdę gorąco, żebym chodziła w szortach. Strój kąpielowy wybierałam raczej jednoczęściowy, chyba nie zniosłabym wtedy niepewności, czy wolno mi wyjść w bikini, bo przecież nie mam płaskiego brzucha. Uważałam, że jest mnie za dużo i to wszystko nie ma odpowiedniej formy, żeby moć wystawać spod ubrania. W ubiorze bardziej liczyło się to, żeby wyglądać ładnie, a nie czuć się wygodnie.

Wstydziłam się lekcji WF, bo trzeba było się tam przebierać w krótkie spodenki i koszulkę, w której w żaden sposób nie mogłam wyglądać ładnie. Poza tym to były czasy przed fit-rewolucją, co oznacza, że nie ćwiczyło się tam z Chodakowską, która przekonywała, że każdy może się ruszać. Sprawność się ma lub nie. Wiedziałam, że jestem słaba z WF-u i starałam się to znosić z godnością.

Żeby wyglądać i poczuć się lepiej, należało być na diecie i walczyć z opornym cellulitem. Pamiętam pierwszy krem antycellulitowy firmy Eveline, w zielonej tubce. Trochę chłodził i mrowił skórę; żeby był bardziej skuteczny, należało się nim posmarować, a potem owinąć strategiczne miejsca przezroczystą folią stretch. Nigdy go nie zużyłam do końca, tak jak żadnej z kolejnych tubek, kupowanych na nowych drogach życia. Na moje nastoletnie lata przypadła popularna dieta Dukana, której zasady wciąż gdzieś mi się kołaczą po głowie. Jednak nie byłam tak zdeterminowana, żeby wytrzymać na jakiejś diecie dłużej niż 2 dni. Miałam wyrzuty sumienia, bo nie pokazywałam determinacji, nie walczyłam o siebie i przede wszystkim – wciąż nie wyglądałam lepiej.

To, co i jak jadłam, tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że jestem gorsza. Czułam się źle, bo umiałam dużo zjeść. Zawsze kończyłam swoją porcję mimo pełnego żołądka – trochę dlatego, że tak byłam nauczona, a trochę sama chciałam. Możliwość jedzenia czegoś zawsze mnie cieszyła. Pamiętam, że mama mnie upominała – nie opychaj się suchą bułką przed obiadem.

Na pierwszym roku studiów, w grudniu miałam kłopoty ze współlokatorami i musiałam się przeprowadzić. Nie wiedziałam, czy w styczniu będzie wolne miejsce w akademiku. Martwiłam się tym i zwykle, gdy wracałam z zajęć do domu, to 40 minutowa droga upływała mi na wchodzeniu do mijanego sklepu, kupowaniu jedzenia – zwykle czegoś słodkiego lub mącznego, pochłanianiu go w drodze, wchodzeniu do kolejnego sklepu, kupowaniu kolejnego jedzenia… Przytyłam i gdy przyjechałam na święta do domu, wyglądałam, jakbym była w ciąży. To pierwszy epizod tak kompulsywnego objadania się, jaki pamiętam.

Objadałam się i w ten sposób radziłam sobie z emocjami. Oczywiście wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego mechanizmu, czasami po prostu czułam, że koniecznie muszę jeść. Takie fazy towarzyszyły mi przez kilka lat. Zwykle większe sesje organizowałam sobie w weekendy, gdy zostawałam sama w akademiku. Miałam już wytypowane produkty, które najlepiej się do tego sprawdzały. Bałam się, że podczas zakupów spotkam kogoś znajomego w sklepie i mój sekret wyjdzie na jaw. W trakcie weekendu po prostu jadłam tak długo, aż nie miałam siły wstać z łóżka. Gdy zaczynał mnie boleć brzuch, robiłam przerwę. Nigdy nie miałam potrzeby ani na tyle jaj (tak wtedy myślałam), żeby po tym wszystkim zwymiotować. Pilnowałam się, żeby w niedzielę wyrzucić śmieci, zanim ktoś wróci i mógłby zobaczyć stertę pustych opakowań.

Nie miałam wtedy świadomości, że to problem, który można rozwiązać, nie miałam internetu, a chodzenie do psychologa nie było tak powszechne jak dzisiaj. Nie rozmawiałam też z nikim o swoich problemach, bo ogólnie idea rozmawiania z ludźmi była mi obca. Poza tym nie uważałam, że mam problemy. Po prostu czasem nachodziła mnie obsesyjna myśl, że muszę jeść i nie mogłam się jej oprzeć. Czułam, że powinnam się tego wstydzić i ukrywać. Miałam wyrzuty sumienia, bo wydawałam pieniądze w głupi sposób, tyłam i musiałam zmyślać, co robiłam przez weekend.

Znów nie umiem powiedzieć, kiedy zmieniły się moje nawyki związane z jedzeniem czy myśleniem o swoim ciele. Ale co się zmieniło? Nie muszę już się objadać tak jak kiedyś, ale jedzenie to wciąż nie jest po prostu paliwo dla organizmu. Wiem, że mogę uprawiać sport i ćwiczyć po to, żeby być sprawną. Nie udało mi się nigdy znacząco schudnąć, ale już nie wstydzę się powiedzieć, że zwykle ważę 72 kg – kiedyś myślałam, że tyle nie wolno i ta cyfra 6 z przodu będzie bardziej sexy. Jem i ruszam się, żeby ważyć mniej tylko i wyłącznie dla zdrowia i dobrego samopoczucia. Dużo dobra sprawiło mi przeczytanie zdania, że moje ciało nie służy do sprawiania innym estetycznych wrażeń (mimo że początkowo buntowałam się przeciw niemu).
Niesamowite jest, że zamiast tego spodziewanego wytykania palcami i wyśmiania zdarzyło mi się kilka razy usłyszeć od koleżanek – „czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś bardzo ładna?”

Wciąż gdy znajduję się w grupie dziewczyn, automatycznie porównuję się i typuję te, które moim zdaniem prezentują się lepiej. Szokiem była dla mnie wizyta w lokalnym, marokańskim hammamie. Poszłyśmy tam we trzy i popłoch wzbudziła w nas informacja, że wchodzi się tam całkowicie nago – bez owinięcia się ręcznikiem, bez stroju kąpielowego ani nawet majtek. Siedziałyśmy w zaparowanym pomieszczeniu z innymi kobietami, polewałyśmy wodą, szorowałyśmy skórę i nikt nie zwracał na nas uwagi. Były tam kobiety w różnych wieku, grubsze lub chudsze, z piersiami wyżej lub niżej, dla których to był zwykły, cotygodniowy zwyczaj. Nigdy wcześniej nie widziałam tylu nagich kobiet zebranych w jednym miejscu, dla których było to normalne. Pamiętam, że wychodząc stamtąd, czułam się lepiej i mam prawo czuć się normalnie niezależnie od powłoki, jaką noszę. Marzę o takim miejscu pod domem, żeby nie zapomnieć tego uczucia.

9 myśli na “Wstyd cielesny”

  1. O boże, to dokładnie moje odczucia po onsenie. Widziałam tam pierwszy raz nagą bardzo starą kobietę i siwe włosy łonowe i było to cos tak niesamowitego że zapadło mi w pamięć na długo. Ale Japonki są raczej szczupłe, więc dopiero bania w Azerbejdżanie była przełomowym odkryciem. Te bezceremonialnie gołe kobiety, różne blizny, włosy pod pachami, pieprzyki, no fascynujące i wyzwalające.

    1. Jak bardzo to jest historia o mnie…
      Nie identyczna, ale tak dużo widzę podobieństw. U mnie w podstawówce do wstydu dochodziły rudawe włosy, piegi i niewidoczne brwi i rzęsy, które w liceum uwidaczniałam zbyt mocnym makijażem. A najgorsze było zawstydzenie przez rodzinę i np. porównania do kuzynki, która miała ładny profil i wyraźne brwi i rzęsy. A potem były studia, odchudzanie się i bulimia… I też miałam swoją trasę wstydu wokół akademików… z planem co kupię do jedzenia w konkretnym sklepie. Dziś jest dużo lepiej, ale pełnej akceptacji swojego już chyba nie osiągnę i zawsze jest coś. Plus z wiekiem doszły problemy z akceptacją procesu starzenia… Za głęboko to wszystko we mnie siedzi…

  2. Wow… Jakbym czytała o swoim dzieciństwie. Od kiedy pamiętam byłam większa niż moje rówieśniczki, wstydziłam się ramion, brzucha, nóg. Pamiętam jak mniej więcej w 3-4 klasie pojawiły się u mnie takie zgrubienia z tłuszczu między piersią a pachą. Wystawało to ze wszystkich koszulek na ramiączkach, ale kiedy analizuje przeszłość, raczej nie sprawiało mi to kłopotu. Nie sprawiało do momentu, w którym mama albo babcia powiedziała mi, że to brzydko wygląda i mam tego nie pokazywać, poza tym kiedyś będą z tego piersi… Piersi urosły, fakt, ale te zgrubienia mam nadal. Bluzki na ramiączkach noszę tylko w trakcie pobytu na wsi. Inny kompleks narodził się w licealnej ławce, kiedy to średnio lubiana przeze mnie dziewczyna złapała moje ramię w dwie dłonie i powiedziała „ale Ty masz wielkie ręce”. Za każdym razem jak zakładam koszulkę z krótkim rękawem słyszę te słowa. Nawet suknię ślubną wybrałam z rękawami, mimo że uroczystość przypadła na najgorętszy dzień lipca. Mam 160 cm wzrostu i ważę trochę ponad 80 kg. Obiektywnie jestem pulchna, ale proporcjonalna. Ludzie często mi mówią, że ładnie wyglądam, potrafię się ubrać, mam fajną figurę. Mimo to, w swojej głowie jestem największą grubaską jaką tylko można być. Ale walczę z tym! Popularny obecnie ruch „body-positive” baaaardzo mi pomaga. Niech ludzie mówią, że to propagowanie otyłości, ale to nieprawda. W zeszłym roku zaczęłam nosić krótkie spodenki. Zakładam je nawet wychodząc na miasto! Nie poprawiam już cały czas bluzek czy koszulek na brzuchu, nie martwię się, że moje uda są wielkie kiedy siedzę. Po prostu cieszę się z ciała, które mam, dzięki któremu mogę jeździć na rowerze, podbiec do autobus czy pomóc straszej osobie przenieść ciężka torbę. Właśnie tego nauczył mnie „body positiv”, że są w życiu ważniejsze sprawy niż czy widać mi fałdkę czy nie. Najważniejsze jest to jakimi jesteśmy ludźmi ❤️ Dziękuję za ten tekst! Ściskam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.