Zapiski kambodżańskie

Złośliwi twierdzą, że uciekłam przed wierzycielami. Prawda jest taka, że od kiedy jednym z pracowych benefitów jest możliwość zarezerwowania tanich biletów lotniczych do wszędzie, to zwariowałam. Każdego dnia zmieniałam cel wakacji. W poniedziałek wahałam się jeszcze między opcją „a może jednak nigdzie”, ale ostatecznie stanęło na Kambodży.

Nie zrobiłam porządnego researchu ani planu, nie zaznaczyłam pinezkami miejsc do zobaczenia. Jedyne co kojarzyłam, to wpis na Jadłonomii o wegańskim Phnom Penh. Okazało się że zarezerwowany naprędce w samolocie hotel znajduje się tuż przy targu opisanym na blogu. Szkoda, że nie jestem weganką.

Wrażenia po pierwszym dniu: czuję się dziwnie wysoka, nikt mnie jeszcze nie oszukał (chyba) i jakoś wybitnie się nie gapi, nie umiem odczytać pisma khmerskiego i boli mnie to, zupę na wynos można wlewać do foliowego worka (!!!!!). Plan na jutro:
– iść na ten market z jedzeniem,
– wymiksować się od kierowcy tuk tuka, który koniecznie chce mnie zawieźć we wszystkie miejsca, które trzeba tu zobaczyć, a których nie chcę oglądać,
– wymyślić sposób na przekazanie, że szukam płynu do soczewek, bo pokazowe grzebanie sobie w oku nie pomaga.

Na zdjęciu instalacja z ręcznika, która czekała na mnie w pokoju. Na low coście, ale estetycznie!


To-do lista w Phnom Penh została z sukcesem zamknięta. Tak się przy tym zmęczyłam, że musiałam pojechać na rajską wyspę.

Na początku może wspomnę o tym, że najbardziej na świecie nie lubię latać ani pływać. Czemu udalam się w miejsce oddalone o 13 godzin samolotem i 1,5 godziny chybotliwą łódką? Trzeba przekraczać granice własnego komfortu, ale tym razem już chyba przesadziłam.

Na wyspę Koh Rong można dostać się z miejscowości Sihanoukville, która od Phnom Penh oddalona jest o ok. 250 km. Przejazd minibusem zajął 7 godzin, więcej niż przewidywał czarny scenariusz (zakładał 6). W Sihanoukville miałam do załatwienia dwie rzeczy: znaleźć bankomat i zdążyć na ostatni prom. Miałam przeczucie, że coś przy tym zdąży się, krótko mówiąc, spierdolić.

Byłam zdeterminowana, bo z każdą kolejną minutą wiedziałam, że nie chce tam zostać dłużej, niż konieczne. Ogromny plac budowy, skrzyżowanie dworca w Kutnie przed remontem ze zmultiplikowanymi krakowskimi Szkieletorami. Język urzędowy: chiński i khmerski. Szanse na dogadanie się nawet migi: zerowe (może więcej powinnam grać w kalambury). Na szczęście mam orientację w terenie i dobrą aplikację z mapą. Po 20 minutach drałowania między koparkami, kasynami, w piasku i hałasie na horyzoncie zamajaczył port, zaraz obok budki z literami ATM. Byłam uratowana.

Schodząc po schodach, dociążona biletem na prom i grubą walutą, usłyszałam nieprzyjemne gruchnięcie. Oho, doszło z mojego kolana. Nie mam pojęcia, co mogło w nim pójść, żeby aż tak chrupnąć. Lekko oszolomiona, ale wciąż zdeterminowana, weszłam na prom, doplynęłam do wyspy. Instynkt kazał mi zapakować bandaż, za co jestem wdzięczna.

Od wczoraj siedzę i obserwuję. W zależności od rozwoju sytuacji przewiduję 3 scenariusze:
– noga puchnie i ropieje, nie jestem w stanie wsiąść na łódkę, wdaje się zakażenie, trzeba amputować powyżej kolana. Zostaję kulawą żebraczką, siedzę przy pomoście i witam wszystkich nowo przybyłych na wyspę. Po 5 latach na wakacje w Kambodży trafia reporterka TVNu. Przejmuje się moją historią, nagrywa ze mną materiał, jestem bohaterką programu „Uwaga”. Widzowie organizują zbiórkę, finansują helikopter, powrót do Polski i protezę. Do końca życia wypowiadam się jako ekspert w „Rozmowach w toku”.
– jest źle, ale nie aż tak, żeby zainteresowały się mną media. Wtedy mogę jedynie liczyć na wsparcie internetowej społeczności, ustawiam zbiórkę na Facebooku i męczę Was o napełnianie skarbonki. Tuż przed końcem zbiórki kończy się internet. Nigdy więcej nic ode mnie nie usłyszycie.
– jestem w stanie samodzielnie się poruszać, wczołguję się na łódkę, odpuszczam wszystko, co wymaga dwóch sprawnych nóg (papa zwiedzanie świątyń Angkor Wat i powrót przez Hong Kong), wsiadam w Sihanoukville w busa, który zawiezie mnie do miejscowości, z której jest dużo samolotów do domu (Bangkok?) i kończę swoją wesołą wyprawę wizytą u ortopedy.
Tak więc jak widzicie, sytuacja jest dynamiczna. Najbardziej w tym wszystkim boli mnie to, że wybrałam hotel, który miał na zdjęciu na bookingu łabędzie z ręczników. Ile łabędzi zobaczyłam po wejściu do pokoju? ZERO.


Wczoraj spacery bajery po plaży, a dziś życie siup, piaskiem prosto w oczy. Ruszylam z wyspy w dalszą, daleką drogę i po chwili utknęłam. W Sihanoukville. Na cały dzień. To miasto jest dla mnie przeklęte.

Zdecydowałam, że jadę dalej do Bangkoku. W wersji ekonomicznej oznacza to kilkanaście godzin w busie, do którego miał mnie dowieźć transport z portu, do którego miałam przypłynąć łódką. Wszystko było skoordynowane przez firmę, która sprzedaje bilety na prom.

Zaczęło się o 6.45 rano (1.45 na nasze), gdy razem z kilkunastoma osobami stawiłam się na ni to prom, ni to łódkę. Przypłynęła o 7. Płynęła jeszcze na drugą wyspę po kolejnych pasażerów. Już w drodze zaczął gasnąć silnik. Nie wiem jak, ale płynęliśmy przy jednoczesnym naprawianiu usterki. Na drugiej wyspie dosiadły się kolejne osoby, w tym dwie niemieckie rodziny łącznie z trójką dzieci. Cała jasnowłosa grupa usiadła koło mnie. W międzyczasie załoga coś dalej kombinowała z usterką. Po 15 minutach ruszamy. Silnik rzęzi, charczy, nic z tego. Zatrzymujemy się na środku wody, ja oczywiście już wiem, że toniemy i szkoda mi moich nowych okularów. Wtedy podpływa do nas łódź rybacka. Panowie przekazują sobie klucz do potrzebny do naprawy. Niemcy komentują między sobą przebieg operacji, chyba nie dowierzają (ej patrz, on wyjął całe łożysko). Mijają kolejne minuty bujania się po falach. Gotowe, silnik zaskoczył, następuje honorowy zwrot narzędzi i ruszamy już do portu. Patrzę na zegarek i widzę, że zostało mi 5 minut do odjazdu autobusu. Liczę na jego niepunktualność i że ktoś tam przekażę wiadomość, że na niego zmierzam; jednak jest trochę nerwówki. Łódź pruje teraz konkretnie, energicznie pokonując kolejne fale. Nagle od sąsiadów dobiega do mnie słowo „kotzen” (niem. wymiotować), i rzeczywiście, mały niemiecki żołądek nie wytrzymał takiego tempa. Blondwłosy aniołek zaczął rzygać na środku łódki. Na ten widok siedząca niedaleko ciemnoskóra dziewczynka również puściła pawia. Zamknęłam oczy i starałam się przenieść w swoje bezpieczne miejsce, żeby nie dołączyć do tego grona. Nie wiem, kto by mi troskliwie wycierał buzię po wszystkim.

Na szczęście zaraz pojawił się stały ląd. Wszyscy z ulga opuścili na podkład i czekali na bagaże. Mój plecak był ostatni. Specjalnie się już nie łudziłam, że coś pójdzie według mojego planu i szykowałam się na zrobienie zadymy.
Poszłam na umówione miejsce zbiorki; było to biuro sprzedające bilety na prom. Wchodzę i mówię: tu mam bilet na autobus sprzed pół godziny, macie mnie na niego zawieźć i mam nadzieję, że na mnie czeka. Oni na to, że nikt nie przypłynął, więc już pojechał. Ja się rzucam, że nie przypłynął, bo łódka się zepsuła. Oni na to, że madam, to trzeba wziąć tuk tuka i samemu pojechać na dworzec. Ja tu już przyjęłam postawę roszczeniową „wkurzony białas” podpatrzoną u guru podróży po Azji Maria Drobniak, i cisnę, że nigdzie sama nie będę jechać ani płacić, miałam tu przyjść i jestem, wasza łódka się zepsuła to ogarniajcie. Maria, serio, możesz być dumna. Oni coś tam coś tam po angielsku, potem między sobą, w końcu nagle pojawiła się riksza i dwie dziewczyny na inny autobus. Jedziemy razem, ja z popisowym fochem na twarzy.

Na dworcu podchodzę i dalej w swoim tonie ciągnę, że mam taki bilet, gdzie ten autobus.
Pani mówi: już pojechał.
Ja: i co teraz.
Pani: następny jest o 7 wieczorem. Jedzie 16 godzin, bo przez inną granicę.
Ja wewnętrznie umieram i pytam: a może coś wcześniej?
Pani: nie.
Ja: a do Koh Kong?
Pani: nie, był o 8.15.
Ja: a do Phnom Penh?
Pani: nie ma miejsc.
Ja się poddaję i jeszcze pytam: a może mam jakieś wyjście?
Pani: nie.
Ja: mogę tu gdzieś zostawić plecak?
Pani: tak. Proszę wrócić o 18.30. To będzie autobus z miejscami leżącymi. Na górze czy na dole?

2 godziny zajmuje mi dojście do siebie i zaakceptowanie sytuacji. Równie dobrze mogłam wstać o normalnej porze, spokojnie opuścić wyspę i pojechać. Patrzę w morze, widzę śmieci. Kolejne 2 godziny spaceruję po plaży. To co tam zobaczyłam, na razie zachowam dla siebie. Nic a nic nie poprawiła się opinia o tym mieście. Dałam się wrobić w zrobienie manikiur pani wędrującej z niezbędnymi akcesoriami po plaży (ale pedikiuru i depilowania nóg nitką udało mi się odmówić). Na koniec zjadłam zupę na ulicznym stoisku u pani, która wprawdzie „no speak”, ale jakoś się dogadałyśmy i poprawił mi się humor.
Leżę już na swojej leżance w busie. Na suficie są szałowe mrugające światła, jak w dyskotece. Jest 19.01 i jeszcze nie odjechał, jak tak dalej pójdzie, to się znowu wkurzę.

PS 19.12 ruszył, o kurde ale buja na górnej leżance, zupa mi się chyba przewraca…

Ps2 14.21 już po tajskiej stronie, ale wciąż daleko od celu, wiem żeby już nigdy, ale to nigdy nie ufać podawanym godzinom przyjazdów, jest to doskonały przykład myślenia życzeniowego. Nie mam nerwów na podróżowanie w rytmie slow i bez WiFi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.