Związki przyczynowo-skutkowe, studium przypadku

Mądrzy ludzie mówią, że wszystko dzieje się po coś. Najwyraźniej do nich nie należę, bo uważam, że jeśli można uniknąć czegoś, co powoduje negatywne emocje czy przykre przeżycia, to czemuż by nie. Nie sądzę, że cierpienie uszlachetnia i hartuje. Wolałabym być szczęśliwym, beztroskim głupcem bez bagażu doświadczeń i odbierać telefony o niespodziewanej porze bez ścisku żołądka i myśli „co stało się tym razem”?

Ale jest jak jest. Dlatego analizując ostatnie wydarzenia i starając się wyciągnąć z nich coś pozytywnego dla siebie dochodzę do wniosku, że moja siostra znalazła się w szpitalu* po to, żebym nauczyła się liczby pi do 30 cyfr po przecinku. Najwyraźniej kiedyś w życiu do czegoś mi się to przyda. A jak do tego doszło? W trzech aktach.

Rzecz dzieje się mniej więcej w połowie sierpnia w mieście na literę G., położonym w zachodniej Polsce. Osoby dramatu: ja, szwagier.

Akt I

Po raz któryś przemierzamy autem trasę szpital-dom. W trakcie wymieniamy się bieżącymi informacjami. 

JA: Wiesz, chciałam skontaktować się z Mają (przyjaciółka siostry), żeby jej powiedzieć, co się stało. Tylko nie mam do niej numeru. Co prawda wydawało mi się, że znam go na pamięć, miałam w głowie taki obraz, że mam 12 lat, trzymam w rękach Nokię 3310 i na ekranie widzę ten numer. Sama się zdziwiłam, że mogę go pamiętać, no bo przecież raczej nigdy do niej nie dzwoniłam, wychodzi na to, że jako gówniara grzebałam w telefonie Iki. Ale bałam się zadzwonić, bo co jeśli to nie ten numer, z obcym człowiekiem musiałabym gadać, to nie na moje nerwy. Więc napisałam tylko wiadomość na Facebooku. Ale Maja już wiedziała od Ciebie i sama do mnie zadzwoniła. Wyobraź sobie jak się zdziwiłam, gdy 2 godziny później zadzwonił mi telefon i na ekranie wyświetlił mi się dokładnie ten sam numer, który pamiętałam.

SZWAGIER: Serio? Dokładnie ten sam?

JA: No. Nieźle, nie?

SZWAGIER : Ty to jednak jesteś trochę autystyczna.

Zapada cisza. Zgaszona zastanawiam się nie tyle nad błyskawiczną diagnozą, co nad słowem „jednak”, które sugeruje, że temat był wcześniej poruszany. Beze mnie. 


Akt II

Przed wejściem do bloku. Wstukuję kod do domofonu mieszkania, w którym nie mieszkam na co dzień i który jest mi potrzebny tylko przez kilka dni co kilka miesięcy. 

JA: O patrz, ten kod do domofonu u mamy też pamiętam. A to założyli kilka lat temu, jak już tu nie mieszkałam. 

SZWAGIER: A liczbę pi do do ilu miejsc po przecinku pamiętasz?

Ja: W ogóle, po co mam to niby pamiętać? W 3 sekundy mogę sobie zguglać, a kodu sobie nie znajdę w necie.


Akt III

Dwie godziny później. 

JA: Dobra, ciekawa jestem tej liczby pi…


Koniec. Już nigdy nie zapomnę, że pi to 3,141592653589793238462643383279….




*jak, to już z kolei inna, długa historia z dobrym zakończeniem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.