Byłam recydywistką.

Listopad. Naprawdę fajnie mieszka się w Krakowie o tej porze roku. Zmrok zapadający o godzinie 16 uzasadnia przesypianie połowy dnia. Przestrzegam sumiennie zaleceń się niewychodzeniu z domu, żeby się zanadto nie struć. Normy zanieczyszczenia powietrza przekroczone o 500%, zero słońca. Zero wyrzutów sumienia, że zaleganie w bambetlach godzinami jest złe, że powinnam gdzieś wyjść, do świata, do ludzi, nie daj Boże pobiegać albo chociaż się przejść. Wszystko w trosce o własne zdrowie. Już i tak się narażam, poświęcając łącznie 6 minut dziennie na drogę do i z pracy. W to mi graj!

Czas w domu spędzam na wciskaniu play, pauza, next. Ostatnio nadrabiam zaległości filmowe. Jakoś najlepiej mi wchodzą polskie komedie romantyczne z ostatnich lat. Czuję, że obecnie moim największym przyjacielem jest Tomasz Karolak. Widzę go częściej niż niektórych znajomych. Nasze więzi mają szanse jeszcze się zacieśnić, gdy przerzucę się na TVN Player i ruszę w Amerykę Express. Wydaje mi, że gdybym go przypadkiem zobaczyła na ulicy, odruchowo powiedziałabym „cześć Tomek, co dziś u Ciebie słychać?”.

Ale jednak czasem przychodzą momenty, że wymyślam sobie bardzo wyrafinowane powody do opuszczenia bezpiecznej przystani. Wtedy czuję taki wewnętrzny mus, parcie, wręcz siłę, która aż mnie wypycha za drzwi niezależnie od okoliczności. I tak podziało się całkiem niedawno. Uwaga, tutaj trzeba mieć mocne nerwy, bo uznałam, że muszę iść do biblioteki po coś, czego NIE MA W INTERNECIE (to jest dopiero hipsterka, nie?).

Wybrałam się na Rajską – mieści się tam główna miejska biblioteka, gdzie jest prawie wszystko, co do szczęścia potrzebne. Kto nie był nigdy na Rajskiej, niech pierwszy rzuci kamieniem – pamiętam czasy, gdy na studiach przychodziło się tam bez własnego laptopa, bo się go nie miało, trzeba było kserować materiały, grzebać w szufladach katalogów i wypisywać rewersy. Poza tym nie wiem o co chodzi, ale oglądanie półek z książkami automatycznie mnie uspokaja. Mam wrażenie, że już od prześlizgiwania wzrokiem po tytułach jestem mądrzejszym i lepszym człowiekiem. Nie muszę nawet ich czytać. Zafundowałam sobie więc wycieczkę relaksacyjno-sentymentalną.

Przez ostatnie lata i 7 przeprowadzek gdzieś mi się zapodziała karta biblioteczna. Hm, trudno, odnowię konto czytelnika, Udałam się z szerokim uśmiechem  do rejestracji, wyjaśniłam swoją sprawę. Czekam na zidentyfikowanie mnie w systemie i po głowie nagle zaczyna mi się błąkać niepokojąca myśl. Jest jedna rzecz, którą kocham bardziej niż oglądanie książek. Przetrzymywanie wypożyczonych książek. Robię to prawie zawsze, gdy wypożyczam koszmarną liczbę książek i daje mi to po kieszeni. Zawsze łudzę się, że przez kilka dodatkowych dni po terminie oddania na pewno zdążę je przeczytać, nie zdążam przedłużyć ich przez internet, do biblioteki mi nie po drodze i w końcu zwykle zapominam. Potem albo unikam kontaktów bibliotecznych i czekam, aż nadejdzie maj, miesiąc gdy wszyscy nałogowi przetrzymywacze mogą bez konsekwencji finansowych i moralnych oddać książki i odkupić swoje winy. Albo, gdy mnie bardzo przypili, idę z kamienną twarzą i mówię: ja tu mam do oddania książki, trochę po terminie, ale niczego nie żałuję. Płacę karę i wierzę, że zostaną za to kupione piękne nowe tomy. Oczywiście niczego mnie to nie uczy i po jakimś czasie sytuacja się powtarza.

I tak mi błąka się myśl, że ciekawe w jaki sposób rozstałam się z Rajską ostatnio, chyba wszystko oddałam, ale…

– Karę ma tu pani. 25 zł z 2009 roku. Trzeba zapłacić, wtedy odblokuję konto.

Wszystko jasne, czego mogłam się po sobie spodziewać. Dziewięć lat temu wybrałam trzecie wyjście czyli oddanie książek i rozmyślne odłożenie momentu płacenia kary na lepsze czasy. Które najwyraźniej nadeszły teraz.

 

Dalsze kroki zawiodły mnie do nowego Paderevianum, budynku-legendy. Tu dopiero zalała mnie fala uczuć. Wspomnienie dziewiątego piętra (którego już nie ma), Syfianek i rogalików z czekoladą (których też nie ma) i ewakuacji z powodu pożaru w serwerowni, który był początkiem końca Pade (btw tego dnia wraz ze współlokatorkami odniosłyśmy niesamowity sukces na FB, bo w gorączce wydarzeń założyłyśmy stronę „jaram się jak Paderevianum”, która z prędkością rozprzestrzeniającego się ognia zyskał filologiczne lajki. Do dziś wpisuję to w CV). Wręcz potykałam się o własne nogi, bo łzy zamazywały mi wzrok. Ale jakoś udało mi się dotrzeć do kolejnej biblioteki,  gdzie przez pół godziny próbowałam się zapisać jako studentka studiów podyplomowych bez legitymacji. Niecodzienny przypadek. W obliczu tej sytuacji obecne tam dwie panie zaczęły odgrywać role złej i dobrej bibliotekarki. Ta zła była bardzo oporna, chciała mnie odesłać do Jagiellonki w celu wyrobienia karty, na co zrobiło mi się słabo i absolutnie nie chciałam się zgodzić, bo na litość boską, nie miałam już przy sobie gotówki a nie dałabym sobie niczego uciąć, że mam tam czyste konto. Ta dobra zaczęła szukać w zeszycie z notatkami, co z takim fantem, czyli mną, zrobić. Wyrok: zakładamy konto od początku. Zła mówi, że nie wie jak, dobra mówi że wiesz wiesz, już to robiłaś. Zaczynamy.

– Pesel proszę.

– Osiem… sześć… jeden… jeden… – zaczynam i myślę, czy powiedzieć, że na klawiaturze numerycznej szybciej się wpisuje cyfry. – dwa… trzy…. – kończę. Chwila ciszy.

– Nie ma – skrzywienie ust.

– Musi być.

– Nie ma. Jeszcze raz proszę.

– Osiem… sześć… – zastanawiam, czy to co tu właśnie robimy jest zgodne z RODO – jeden… jeden… zero…

– Dziewięć wcześniej pani powiedziała.

– Nie powiedziałam. – przecież wiem, że nie urodziłam się dziewięćdziesiątego drugiego listopada, babo, nie ma takiego dnia, po prostu nie trafiłaś palcem w klawisz z zerem, który jest zaraz obok dziewięć. Nie mówię tego na głos.

– Powiedziała, No dobrze, to zero, co dalej.

– Dwa… – dokańczam.

– …. Teraz to jest. Basia, co dalej.

Po 15 minutach, powtórzeniu peselu jeszcze dwa razy, wystawieniu Basi na cierpliwość, podpisaniu papieru że będę przykładną czytelniczką. poinstruowaniu mnie co mam powiedzieć następny raz, żeby nikt nie popadł panikę (Pani powie, że ma tu założoną kieszonkę z barkodem), udało się. Idę po książkę (stop, nie można z torebką, proszę do szatni, tak na ziemi tutaj też na chwilę można zostawić). Zła pani okazuje się być miłą, po prostu lekko zestresowaną wyzwaniami techniki. Troskliwie pyta się czy znalazłam to co chciałam. Tak, a nawet więcej, nie będę miała już czasu dla Karolaka, jeśli chcę to wszystko przeczytać.  Skanowane kody książek z sukcesem książek lądują na moim nowym, czystym, wirtualnym koncie czytelniczym. Zaczeło się odliczanie.

– Termin zwrotu 2. stycznia.

Trzymajcie kciuki za moje nawrócenie.

7 myśli na “Byłam recydywistką.”

  1. Bibliotekarka Justyna

    Protestuję.
    W tym tekście przedstawiłaś bibliotekarki jako złe i głupie.
    Obie wiemy, że są dużo gorsze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.